Całą noc przesiedziałam na twardym krześle, prawie nie przestając płakać. Zastanawiałam się czy mnie szukają, czy Marco wie o całej sprawie, kiedy mnie odnajdą i czy w ogóle będzie miało to miejsce. Miałam nadzieję, że policja trafi na jakieś poszlaki, które doprowadzą ich do tego miejsca. Marvina i Dominica, bo tak nazywał się drugi mężczyzna nie było. Nie wiedziałam co mam robić i zaczęłam krzyczeć najgłośniej jak potrafiłam. W ścianie, która znajdowała się na prawo, nie było okna, tylko same metalowe kraty. Pomyślałam, że może za drzewami znajduje się jakiś dom i może ktoś mnie usłyszy. Jednak nie przyniosło to pozytywnego skutku, wręcz odwrotnie. Po kilku minutach do domu wpadł Marvin, od razu dając mi w twarz.
- Zamknij mordę! - krzyknął, a do moich oczy napłynęły łzy. Przyłożył mi do ręki scyzoryk i lekko przejechał po gołym ramieniu. Poczułam strumyk ciepłej krwi. - Jeszcze raz tak zrobisz, a twoja twarz już nie będzie taka idealna. - powiedział już zupełnie innym tonem i wyszedł. Teraz ból sprawiała mi nie tylko rozcięta ręka, ale również plecy, nogi i nadgarstki, które cały czas uciskał gruby sznur. Siedziałam, szukając sposobu ucieczki. Zębami próbowałam przegryźć sznur, który łączył krzesło i kaloryfer, ale był zbyt gruby. Jednak była to jedyna możliwość szukania sobie ratunku, więc zamierzałam ją kontynuować.
***
Reus powiadomił trenera kadry o tym, co się wydarzyło. Dzisiaj miał wyjechać na zgrupowanie przed mundialem, ale postanowił, że nie wyjedzie z Dortmundu, dopóki nie odnajdzie Magdaleny. Przekazał Loewowi, że nie byłby w stanie trenować i dawać z siebie stu procent, ponieważ w jego głowie cały czas siedzi sprawa z ukochaną. Szkoleniowiec na szczęście zrozumiał całą tę sytuację, ponieważ w swojej kadrze chce mieć piłkarzy, którzy są w pełni skupieni na Mistrzostwach Świata. Nie obyło się jednak bez próby przekonania Marco do przyjazdu. Ten się jednak nie zgodził, więc Loew postawił blondynowi ultimatum. Do końca tygodnia ma wolne, potem, jeśli nie dołączy do drużyny, traci możliwość wystąpienia na mundialu. Reus przystał na ten warunek, jednak nie wierzył, że pojedzie do Brazylii. Oczywiście, miał nadzieję, że Magda odnajdzie się do niedzieli, ale nawet gdyby miało to miejsce, to nie mógłby wyjechać i zostawić jej samej. Chciał poświęcić jej każdą wolną chwilę i obiecał sobie, że jeśli odnajdzie Madzię to nie pozwoli, żeby coś było od niej ważniejsze. Nawet piłka nożna.
O całej sytuacji wiedziała cała kadra piłkarzy, którzy pocieszali blondyna telefonicznie. Marco powiedział również o tym Marcelowi i rodzicom. Jego ojciec nie był zachwycony tym, że blondyn nie poleci na najważniejszą imprezę w jego dotychczasowej karierze.
Piłkarz siedział na tarasie z Marcelem, wpatrując się w kubek kawy. Od czasu porwania, prawie nic nie mówił, czuł się fatalnie. Przed swoim przyjacielem był jednak w stanie trochę się otworzyć.
- Stary, trzeba wierzyć, że policja ją znajdzie. Na pewno są jakieś ślady, popytają ludzi, czegoś się dowiedzą. - pocieszał go brunet.
- Byłem u nich dziś rano, pytałem czy mają jakieś poszlaki. Nic konkretnego mi nie powiedzieli, wydaje mi się, że nic nie wiedzą. Zostawiłem im swój numer i obiecali, że zadzwonią. Wiedzą tylko ode mnie i od Niny, że to prawdopodobnie Marvin.
- Powinni wsadzić go od razu za to, co zrobił jej kilka miesięcy temu.
- Ale tego nie zrobili, bo uznali, że nic takiego się nie wydarzyło. Niewiele brakowało, a jeszcze cała wina spadłaby na mnie, bo kilka razy dałem w mordę temu psycholowi. Nasze prawo jest śmieszne. Na początku w ogóle jej nie chcieli zacząć szukać, bo uznali, że pewnie sama uciekła, z własnej woli. Rozumiesz to ?! Banda idiotów. - bulwersował się blondyn. Marcel otrzymał sms-a i spojrzał niepewnie na blondyna. - Co jest?
- Muszę lecieć... Albo jeszcze trochę zostanę.
- No idź, poradzę sobie.
- No... nie chcę cię zostawiać samego w takim stanie.
- Spokojnie, nic sobie nie zrobię. - odparł Reus.
- No to...trzymaj się i daj mi znać jak będziesz coś wiedział. - Marcel poklepał go po plecach i wyszedł.
Po kilkunastu minutach do piłkarza przyjechali rodzice. Nie był on z tego zadowolony, ponieważ chciał być sam, lecz wiedział, że oni chcą być przy nim i robią to z troski. Chociaż później zmienił zdanie...
- Witaj synu. - przywitał go ojciec. - Musimy porozmawiać. - powiedział poważnie, a za nim do domu weszła matka z zatroskaną miną i reklamówką zakupów. Pocałowała Marco w policzek i cała trójka ruszyła do salonu.
- Kupiłam ci trochę rzeczy, bo chyba nie masz za bardzo do tego głowy, a musisz coś przecież jeść. Tutaj są owoce, warzywa...
- Możesz przestać?! Czy wy na prawdę nie rozumiecie co się stało ?- przerwał jej. - Porwali moją dziewczynę, nie wiem co się z nią dzieje, a ty wyskakujesz mi z jakimiś zakupami? Mamo, to naprawdę jest teraz najmniej ważne! - uniósł się Reus, a jego matka przerwała swoją czynność i usiadła na kanapie, obok ojca, który kazał Marco się uspokoić.
- Posłuchaj... Wiem, że ta dziewczyna była dla ciebie bardzo ważna. Mimo, że jej nie poznałem, wiem, że bardzo ją kochasz. Jednak nie możesz zawalać przez to swojej kariery. Mundial to najważniejsza impreza...
- Nie wierzę... Przyjechaliście tutaj tylko po to, żeby przekonywać mnie do wyjazdu na zgrupowanie? - spytał Marco.
- Nie, ja uważam, że piłka nie jest najważniejsza i powinieneś zostać w Dortmundzie. - odparła matka piłkarza. - Jednak ojciec uważa inaczej...
- Nie masz gwarancji, że ona w ogóle się odnajdzie... Co jeśli nie będzie jej jeszcze kilka miesięcy? Ani nie zagrasz na mundialu, ani nic tutaj nie zdziałasz. - kontynuował tata Marco.
- Skończyłeś?! To teraz ty mnie posłuchaj. Już dawno skończyły się czasy, gdy ty decydowałeś o moim życiu u decyzjach, jakie podejmuję. Podjąłem już decyzję i jej nie zmienię. W tej chwili cały ten mundial mam w dupie...Nie interesuje mnie piłka. Nie chcę zajmować miejsca komuś, kto może zagrać lepiej niż ja, z ,,czystą" głową. Nie mam dla kogo grać... Więc daruj sobie te swoje mądrości i pogódź się z tym, że nie wystąpię na mistrzostwach.
***
Około południa Dominic przyniósł mi bułkę i dał szklankę wody. Byłam głodna, wszędzie czułam ból, a w dodatku było mi zimno. Miałam na sobie sukienkę z niedzielnego przyjęcia, która teraz już w niczym nie przypominała wyjściowej kreacji. Była porozdzierana w niektórych miejscach, brudna i pognieciona, a w dodatku jeszcze wilgotna. Spożyłam ,,posiłek" i postanowiłam czegoś dowiedzieć się od porywaczy.
- Możecie mi w końcu powiedzieć o co wam chodzi?
- Dowiesz się w swoim czasie.- odpowiedział lakonicznie Marvin, wchodząc do pomieszczenia i kończąc jakąś rozmowę telefoniczną. Położył komórkę na szafce i podszedł do mnie. - Na razie będziesz tutaj grzecznie siedzieć.I już więcej nie będziesz podnosić głosu, prawda? Chyba, że chcesz mieć po nas pamiątkę na twarzy... - zaśmiał się szyderczo i razem z Dominiciem wyszli z domu. Po chwili usłyszałam warkot silnika. Pewnie gdzieś odjechali, a ja wróciłam do próbowania przecięcia sznura zębami...
_______________________________________________
18 komentarzy i dodaję następny! :)
piątek, 22 sierpnia 2014
wtorek, 19 sierpnia 2014
43. ,,Spełnisz kilka moich próśb i jesteś wolna."
Ocknęłam się, czując ból głowy. Znajdowałam się w nieznanym mi miejscu. Miałam coś w ustach, co uniemożliwiało mi wydanie dźwięku. Moje ręce były związane, nic nie widziałam. Po chwili zorientowałam się, że jestem w samochodzie. Przypomniałam sobie, że byłam w parku, potem była już tylko ciemność. Byłam bardzo przestraszona, chciałam się wydostać z bagażnika, ale samochód dalej jechał. Zaczęłam kopać nogami i próbowałam krzyczeć. Po chwili poczułam ze pojazd się zatrzymał. W moje oczy uderzyły promienie słońca, które dostały się do wnętrza, gdy wysoki mężczyzna otworzył pokrywę bagażnika.
- Nasza śpiąca królewna się obudziła? - zapytał z ironią, a ja próbowałam się wydostać, lecz on szybko zastąpił mi drogę. Chwilę później ujrzałam Marvina. Wtedy już wiedziałam, że oni obaj chcą mi coś zrobić.
-Pojedziesz z nami. - mówił dalej, nieznany mi mężczyzna.
-Nadal uważasz, że nie mogę mieć cie na wyłączność? - zapytał kpiącym tonem Marvin, podnosząc moją głowę, tak żeby mógł mi spojrzeć w oczy. Byłam przerażona.
***
W tym samym czasie...
Marco siedział w salonie, otwierając kolejną butelkę alkoholu. W tamtej chwili nie miał ochoty żyć. W jednym momencie zawalił mu się cały świat. Kobieta którą niezmiernie kochał, całowała się z innym mężczyzną. I to jeszcze z jakim! Przecież znała go kilkanaście minut! Nie mógł tego pojąć, szukał więc ratunku w napojach wysokoprocentowych. Wiedział, ze jutro będzie nieprzytomny, ale mało się tym przejmował. Nie cieszył się zbliżającym się mundialem, wiedział, ze teraz jego życie będzie pozbawione większego sensu. Jego dziewczyna pokazała mu że to nie piłka może sprawiać mu największą przyjemność, jak było do tej pory.
W pewnej chwili usłyszał natarczywe dzwonienie do drzwi. Był pewien, ze to Magda, więc nie otwierał. Jedak, gdy dzwonek nie przestawał dzwonić, ruszył chwiejnym krokiem. Otworzył drzwi i ujrzał Ninę.
- Jest u ciebie Madzia ? - zapytała ciężko oddychając.
- Nie . - odpowiedział krótko. - Nie ma i nie będzie.- dodał niewyraźnie.
- Marco, nie wiem co się między wami wydarzyło, ale ktoś ją porwał!
- Co ty gadasz? Pewnie poszła sobie ze swoim Mikie'm. Daj mi spokój. - odparł i próbował zamknąć drzwi, ale dziewczyna go powstrzymała, a następnie weszła do środka. Była cała przemoczona. Szybko opowiedziała piłkarzowi całą sytuację. Opisała mężczyznę, który uderzył Magdę, a następnie z nią uciekł. Marco szybko skojarzył fakty i domyślił się że tym mężczyzna może być Marvin.
- Zabiję tego sukinsyna ! - krzyknął łapiąc kurtkę i kluczyki od samochodu.
- Nie możesz nigdzie jechać, jesteś pijany ! - Nina wyrwała mu klucze. - Ja pojadę, tylko powiedz dokąd on mógł ja zabrać.
- Nie mam pojęcia. Trzeba zawiadomić policję.
- Pojadę i wszystko im wytłumaczę, nie ma sensu żebyś jechał w tym stanie ze mną. Dam ci znać.
***
Leżałam związana w zamkniętym bagażniku, jadącego samochodu. Nie miałam pojęcia co Marvin kombinuje, ale modliłam się, żeby udało mi się uciec. Niestety, nie było to takie łatwe. Po kilkudziesięciu minutach auto zatrzymało się, a towarzysz Marvina wyciągnął mnie z pojazdu. Zawiązali mi oczy, nie mogłam zobaczyć gdzie jestem. Mężczyzna ciągnął mnie i popychał,a następnie wprowadził do jakiegoś pomieszczenia i rzucił mnie na krzesło. Odsłonił mi oczy i zaczął przywiązywać, moje już wcześniej skrępowane nogi do mebla. To samo zrobił z rękoma, a następnie przywiązał krzesło do kaloryfera, który wisiał na ścianie.
- Teraz jesteś już tylko moja. I będziesz robić to, co ci każę. - powiedział Marvin, podchodząc do mnie i opierając się o krzesło. Po chwili wyjął mi materiał z ust.
- Czego chcesz?! - wycedziłam.
- Spełnisz kilka moich próśb i jesteś wolna.
- Nic nie spełnię. - odparłam.
- Najpierw tutaj posiedzisz, za to co mi zrobiłaś. Odrzuciłaś moje uczucia, a tego się nie robi. Mówiłem, że pożałujesz, a ja zawszę dotrzymuję obietnic. - odparł z uśmiechem i wyszedł razem z drugim porywaczem. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było obskurne, z szarych ścian odpadał tynk. Prawdopodobnie był to jakiś stary, opuszczony dom. Kilka metrów od krzesła było zakratowane okno. W zasięgu mojego wzroku były również drzwi wyjściowe, ale nie miałam szans na ucieczkę. Moje kończyny były zasznurowane, a do tego przywiązane do krzesła. Nie miałam pojęcia, czego oni ode mnie chcą, ale postanowiłam, że się nie poddam. Z bezsilności zaczęłam płakać. Nie było też nadziei na to, że ktoś mnie tutaj odnajdzie, z okna było widać tylko las. Pomyślałam, że może Nina, która była ze mną w parku powiadomiła policję, ale pewnie minęło od tamtej pory dużo czasu i ślad po porywaczach zaginął.
***
Chodził po domu, nie mogąc się opanować. W jednej chwili cała złość na Magdę minęła. Czekał na Ninę i żałował, że nie dał jej swojego numeru telefonu. Dziewczyna po pewnym czasie znów pojawiła się w jego domu.
- I co? - zapytał od razu.
- Nic. - wzruszyła ramionami. - Policja niechętnie przyjęła zgłoszenie i obiecali, że będą jej szukać. - odparła, oddając kluczyki blondynowi.
- To wszystko? Przecież on mógł ją zabić...! - krzyknął.
- Uspokój się i przestań tak mówić. - powiedziała stanowczo. - Na razie nie pozostaje nam nic innego jak czekać.
- Na co?! Przecież oni w życiu jej nie odnajdą w ten sposób! Chodź, pokażesz mi miejsce, w którym to się stało. - złapał kurtkę i skierował się w stronę drzwi.
- Ale przecież jest już całkiem ciemno, nic tam nie zobaczysz. - odpowiedziała.
- Chodź! - powtórzył głośniej, a dziewczyna wyszła razem z nim.
- Chcesz prowadzić śledztwo na własną rękę? - zapytała ironicznie w drodze. Szli bardzo szybko, prawie biegli.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy. - odpowiedział.
- Daj spokój, nic nie zrobisz samemu. A może dręczą cię wyrzuty sumienia? - zapytała.
- Nie rozumiem... - spojrzał na nią pytająco.
- Pokłóciliście się wcześniej, prawda?
- Nie chcę o tym rozmawiać. - odrzekł wymijająco.
- Ale dlaczego? Pewnie masz wyrzuty sumienia, że to przez ciebie poszła do tego parku i tam ją porwali.
- Nina, to nie jest twoja sprawa, okej? - podniósł głos. - Stało się, ten idiota pewnie śledził ją od dłuższego czasu i szukał odpowiedniego momentu. Kiedy zobaczył, że jest sama, wykorzystał okazję. Nie zrobiłby tego dzisiaj, to pewnie szukałby kolejnej szansy. Poza tym kocham Magdę i nie pozwolę, żeby coś jej się stało.
Stali w tym samym miejscu, w którym porwali dziewczynę. Miejsce było słabo widoczne, oświetlała je jedynie lampa, znajdująca się parę metrów dalej. Nie było żadnych śladów, niczego co mogłoby ich jakoś naprowadzić.
- Mówiłam, że tu nic nie znajdziemy? - zapytała retorycznie Nina. - Co teraz?
- Nie wiem, Nina. - pokręcił głową piłkarz, siadając na ławce i chowając głowę w dłonie. - Nie wiem.
- Nasza śpiąca królewna się obudziła? - zapytał z ironią, a ja próbowałam się wydostać, lecz on szybko zastąpił mi drogę. Chwilę później ujrzałam Marvina. Wtedy już wiedziałam, że oni obaj chcą mi coś zrobić.
-Pojedziesz z nami. - mówił dalej, nieznany mi mężczyzna.
-Nadal uważasz, że nie mogę mieć cie na wyłączność? - zapytał kpiącym tonem Marvin, podnosząc moją głowę, tak żeby mógł mi spojrzeć w oczy. Byłam przerażona.
***
W tym samym czasie...
Marco siedział w salonie, otwierając kolejną butelkę alkoholu. W tamtej chwili nie miał ochoty żyć. W jednym momencie zawalił mu się cały świat. Kobieta którą niezmiernie kochał, całowała się z innym mężczyzną. I to jeszcze z jakim! Przecież znała go kilkanaście minut! Nie mógł tego pojąć, szukał więc ratunku w napojach wysokoprocentowych. Wiedział, ze jutro będzie nieprzytomny, ale mało się tym przejmował. Nie cieszył się zbliżającym się mundialem, wiedział, ze teraz jego życie będzie pozbawione większego sensu. Jego dziewczyna pokazała mu że to nie piłka może sprawiać mu największą przyjemność, jak było do tej pory.
W pewnej chwili usłyszał natarczywe dzwonienie do drzwi. Był pewien, ze to Magda, więc nie otwierał. Jedak, gdy dzwonek nie przestawał dzwonić, ruszył chwiejnym krokiem. Otworzył drzwi i ujrzał Ninę.
- Jest u ciebie Madzia ? - zapytała ciężko oddychając.
- Nie . - odpowiedział krótko. - Nie ma i nie będzie.- dodał niewyraźnie.
- Marco, nie wiem co się między wami wydarzyło, ale ktoś ją porwał!
- Co ty gadasz? Pewnie poszła sobie ze swoim Mikie'm. Daj mi spokój. - odparł i próbował zamknąć drzwi, ale dziewczyna go powstrzymała, a następnie weszła do środka. Była cała przemoczona. Szybko opowiedziała piłkarzowi całą sytuację. Opisała mężczyznę, który uderzył Magdę, a następnie z nią uciekł. Marco szybko skojarzył fakty i domyślił się że tym mężczyzna może być Marvin.
- Zabiję tego sukinsyna ! - krzyknął łapiąc kurtkę i kluczyki od samochodu.
- Nie możesz nigdzie jechać, jesteś pijany ! - Nina wyrwała mu klucze. - Ja pojadę, tylko powiedz dokąd on mógł ja zabrać.
- Nie mam pojęcia. Trzeba zawiadomić policję.
- Pojadę i wszystko im wytłumaczę, nie ma sensu żebyś jechał w tym stanie ze mną. Dam ci znać.
***
Leżałam związana w zamkniętym bagażniku, jadącego samochodu. Nie miałam pojęcia co Marvin kombinuje, ale modliłam się, żeby udało mi się uciec. Niestety, nie było to takie łatwe. Po kilkudziesięciu minutach auto zatrzymało się, a towarzysz Marvina wyciągnął mnie z pojazdu. Zawiązali mi oczy, nie mogłam zobaczyć gdzie jestem. Mężczyzna ciągnął mnie i popychał,a następnie wprowadził do jakiegoś pomieszczenia i rzucił mnie na krzesło. Odsłonił mi oczy i zaczął przywiązywać, moje już wcześniej skrępowane nogi do mebla. To samo zrobił z rękoma, a następnie przywiązał krzesło do kaloryfera, który wisiał na ścianie.
- Teraz jesteś już tylko moja. I będziesz robić to, co ci każę. - powiedział Marvin, podchodząc do mnie i opierając się o krzesło. Po chwili wyjął mi materiał z ust.
- Czego chcesz?! - wycedziłam.
- Spełnisz kilka moich próśb i jesteś wolna.
- Nic nie spełnię. - odparłam.
- Najpierw tutaj posiedzisz, za to co mi zrobiłaś. Odrzuciłaś moje uczucia, a tego się nie robi. Mówiłem, że pożałujesz, a ja zawszę dotrzymuję obietnic. - odparł z uśmiechem i wyszedł razem z drugim porywaczem. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było obskurne, z szarych ścian odpadał tynk. Prawdopodobnie był to jakiś stary, opuszczony dom. Kilka metrów od krzesła było zakratowane okno. W zasięgu mojego wzroku były również drzwi wyjściowe, ale nie miałam szans na ucieczkę. Moje kończyny były zasznurowane, a do tego przywiązane do krzesła. Nie miałam pojęcia, czego oni ode mnie chcą, ale postanowiłam, że się nie poddam. Z bezsilności zaczęłam płakać. Nie było też nadziei na to, że ktoś mnie tutaj odnajdzie, z okna było widać tylko las. Pomyślałam, że może Nina, która była ze mną w parku powiadomiła policję, ale pewnie minęło od tamtej pory dużo czasu i ślad po porywaczach zaginął.
***
Chodził po domu, nie mogąc się opanować. W jednej chwili cała złość na Magdę minęła. Czekał na Ninę i żałował, że nie dał jej swojego numeru telefonu. Dziewczyna po pewnym czasie znów pojawiła się w jego domu.
- I co? - zapytał od razu.
- Nic. - wzruszyła ramionami. - Policja niechętnie przyjęła zgłoszenie i obiecali, że będą jej szukać. - odparła, oddając kluczyki blondynowi.
- To wszystko? Przecież on mógł ją zabić...! - krzyknął.
- Uspokój się i przestań tak mówić. - powiedziała stanowczo. - Na razie nie pozostaje nam nic innego jak czekać.
- Na co?! Przecież oni w życiu jej nie odnajdą w ten sposób! Chodź, pokażesz mi miejsce, w którym to się stało. - złapał kurtkę i skierował się w stronę drzwi.
- Ale przecież jest już całkiem ciemno, nic tam nie zobaczysz. - odpowiedziała.
- Chodź! - powtórzył głośniej, a dziewczyna wyszła razem z nim.
- Chcesz prowadzić śledztwo na własną rękę? - zapytała ironicznie w drodze. Szli bardzo szybko, prawie biegli.
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy. - odpowiedział.
- Daj spokój, nic nie zrobisz samemu. A może dręczą cię wyrzuty sumienia? - zapytała.
- Nie rozumiem... - spojrzał na nią pytająco.
- Pokłóciliście się wcześniej, prawda?
- Nie chcę o tym rozmawiać. - odrzekł wymijająco.
- Ale dlaczego? Pewnie masz wyrzuty sumienia, że to przez ciebie poszła do tego parku i tam ją porwali.
- Nina, to nie jest twoja sprawa, okej? - podniósł głos. - Stało się, ten idiota pewnie śledził ją od dłuższego czasu i szukał odpowiedniego momentu. Kiedy zobaczył, że jest sama, wykorzystał okazję. Nie zrobiłby tego dzisiaj, to pewnie szukałby kolejnej szansy. Poza tym kocham Magdę i nie pozwolę, żeby coś jej się stało.
Stali w tym samym miejscu, w którym porwali dziewczynę. Miejsce było słabo widoczne, oświetlała je jedynie lampa, znajdująca się parę metrów dalej. Nie było żadnych śladów, niczego co mogłoby ich jakoś naprowadzić.
- Mówiłam, że tu nic nie znajdziemy? - zapytała retorycznie Nina. - Co teraz?
- Nie wiem, Nina. - pokręcił głową piłkarz, siadając na ławce i chowając głowę w dłonie. - Nie wiem.
piątek, 25 lipca 2014
42. ,,To koniec, Magdaleno."
Przymierzałam czwartą z kolei sukienkę, nie mogąc zdecydować się, którą wybrać. O 19 mieliśmy być u Matsa na imprezie. Miałam jeszcze godzinę na zrobienie makijażu i ubranie się. Marco już od piętnastu minut jest gotowy i ogląda telewizję, a ja nadal nie mogę wybrać odpowiedniej kiecki.
- Kochanie, a może pójdę w tej? - zapytałam pokazując mu wieszak z granatową, prześwitującą sukienkę.
- O tak, ta jest zdecydowanie najlepsza! - uśmiechnął się i puścił mi oczko.- Skarbie, nie ma znaczenia co założysz i tak będziesz wyglądać pięknie.
- Dobra, niech będzie ta. - odpowiedziałam i poszłam ją założyć. Potem zrobiłam lekki makijaż i podkręciłam włosy, aby układały się w delikatne fale. Kwadrans przed dziewiętnastą wyjechaliśmy.
Dom Hummelsa prezentował się świetnie. Na pierwszy rzut oka było widać, że mieszka w nim zamożny człowiek. Z serdecznym uśmiechem przywitała nas Cathy, zapraszając do wielkiego salonu. Słychać było rozmowy, a w tle leciała muzyka. Większość osób już była. Niektórzy pili alkohol, tańczyli, a jeszcze inni siedzieli na dworze przy wielkim, zadaszonym stole. Pogoda sprzyjała spędzaniu czasu na zewnątrz, chociaż zapowiadało się na deszcz. Przywitaliśmy się z Kevinem, Nurim i jego żoną, Sebastianem i Marcelem. Marco przedstawił mnie Moritzowi i Leo oraz ich dziewczynom. Cała czwórka sprawiała wrażenie bardzo towarzyskich i sympatycznych osób. Około dwudziestej doszli jeszcze ostatni goście, a przyjęcie coraz bardziej się rozkręcało. Marco nadrabiał zaległości z Mo i Leo, a ja poszłam do łazienki. Gdy z niej wyszłam, natknęłam się na Lisę i Sarę. Razem wyszłyśmy na świeże powietrze i usiadłyśmy na ławce. Tutaj było ciszej i spokojnie mogłyśmy poplotkować. W pewnym momencie dołączyła do nas Cathy z przystojnym, wysokim brunetem.
- Dziewczyny, poznajcie - to mój brat Mike. - przedstawiła go, a mężczyzna podał każdej z nas rękę i usiadł obok, razem z dziewczyną Hummelsa.
Rozmawialiśmy o zakończonym właśnie sezonie i o innych sportowych sprawach. Mike wyglądał na człowieka bardzo obeznanego i znającego się na sporcie.
- Mój kochany braciszek jest dziennikarzem, stąd tyle wie o piłce nożnej. - wyjaśniła Cathy.
- Naprawdę? To mamy wiele wspólnego, też pracowałam jako dziennikarka.- odpowiedziałam.
- To wy tutaj sobie porozmawiajcie, a my idziemy po coś do picia. - powiedziała Sara, ciągnąc za rękę Lisę. - Cathy, idziesz nam pomóc?
- Okej. - powiedziała i poszła za nimi.
- Pochodzisz z Niemiec? - zapytał mnie Mike.
- Nie, jestem Polką.
- To co tutaj robisz?
- Długa historia... A ty pracujesz w gazecie czy w telewizji? - zmieniłam temat.
- W telewizji, tak jak Cathy, przygotowuję materiały dla Sky Sport. - odpowiedział. W tym samym momencie pojawił się Marco z Matsem.
- Widzę, że poznałaś już Mike'a. Marco, lepiej uważaj, to straszny podrywacz. - zaśmiał się Hummels. Marco tylko lekko się uśmiechnął i usiadł obok mnie. Mike szybko się ulotnił i zostawił nas samych.
- Nie wiedziałam, że Cathy ma brata.
- Często go nie ma, z tego co słyszałem często jest w trasie z powodu swojego zawodu.
- Wiesz, chyba pójdę się czegoś napić. Zaraz wracam . - powiedziałam i poszłam do kuchni po wodę, ponieważ w salonie było tylko wino i cola.
Otworzyłam butelkę i szukałam szklanki. W pewnym momencie drzwi uchyliły się i do pomieszczenia wszedł Mike. Uśmiechnęłam się i zapytałam:
- Nie wiesz gdzie twoja siostra trzyma szklanki?
- Niestety nie, ale mogę zaoferować ci coś innego...- odparł, zbliżając się do mnie. Pomyślałam, że robi sobie ze mnie żarty i zaśmiałam się, lecz kiedy dzieliły nas centymetry, cofnęłam się, opierając się o ścianę.
- O czym ty mówisz? - zapytałam. Dotknął mojej twarzy, a ja odepchnęłam jego rękę.
- Przecież wiem, że tego chcesz... Nie ma go tutaj, nie martw się. - powiedział ściszonym głosem.
- Nie chcę, odsuń się. - powiedziałam stanowczo, ale on ani drgnął. Wręcz przeciwnie, zaczął mnie całować. Próbowałam go odepchnąć, ale to nic nie dało. Zobaczyłam w drzwiach Marco, który widział tę sytuację. Odwrócił się i szybko wyszedł. Uwolniłam się z uścisku Mike'a i pobiegłam za blondynem. Wychodził właśnie z posesji.
- Marco, zaczekaj! - krzyczałam, ale on się nie zatrzymywał. W końcu go dogoniłam i złapałam za rękę.
- Jak mogłaś? - odwrócił się i spojrzał na mnie oczami pełnymi bólu.
- To on...Marco... ja nie chciałam... - nie mogłam wydusić z siebie słowa.
- To koniec, Magdaleno. - powiedział, wsiadł do samochodu i szybko odjechał. Nie miałam nawet siły zaprotestować i wytłumaczyć całej sytuacji. Stałam w osłupieniu kilka chwil, a następnie wróciłam do środka po torebkę i skierowałam się w stronę pobliskiego parku. Nigdy nie byłam w takim stanie. Z moich oczu, niczym wodospad, płynęły łzy. Niebo było coraz bardziej zachmurzone i zaczęło płakać razem ze mną. Teraz byłam już cała mokra. Deszcz z minuty na minutę padał jeszcze bardziej. Usiadłam na ławce, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, w sumie było mi wszystko jedno.
-Magda?! - w pewnej chwili usłyszałam kobiecy głos. Podniosłam głowę i zobaczyłam biegnącą dziewczynę. Była to Nina, znajoma z redakcji, u której mieszkałam, gdy w bloku była awaria. - Co ty robisz w tej ulewie, oszalałaś? - mówiła głośno, chcąc przekrzyczeć deszcz. Wzruszyłam tylko ramionami i schowałam twarz w dłonie. - Wstawaj, nabawisz się jeszcze jakiegoś przeziębienia! Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. - Co ty wyprawiasz? W ogóle co tutaj robisz? Coś się stało? - zasypywała mnie pytaniami.
- Leć do domu, poradzę sobie. - odpowiedziałam krótko.
- Mowy nie ma i tak jestem już cała mokra. - pokazała na swoją bluzę, która rzeczywiście była przemoczona. - Pójdziemy do mnie. - zarządziła, a mi się coś przypomniało.
- Nina, zostawiłam torebkę na ławce... Muszę po nią wrócić. - powiedziałam przez łzy, a ona głośno westchnęła.
- Okej, zaczekaj tutaj, ja pobiegnę, bo ty w tych szpilkach będziesz szła godzinę. - oznajmiła i szybko ruszyła w stronę ławki. Czekałam aż wróci, lecz nagle poczułam uderzenie w tył głowy. Upadłam i straciłam przytomność.
________________________________________________________
Baaaardzo dziękuję za nominację do Liebster Blog Award, ale niestety na razie nie mam czasu, żeby to ogarnąć. Przy okazji przepraszam, że dawno nie było rozdziału, ale jakoś kompletnie nie mogłam się zebrać. Przynajmniej jest jeden plus - coś zaczęło się dziać ! :)
CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)
- Kochanie, a może pójdę w tej? - zapytałam pokazując mu wieszak z granatową, prześwitującą sukienkę.
- O tak, ta jest zdecydowanie najlepsza! - uśmiechnął się i puścił mi oczko.- Skarbie, nie ma znaczenia co założysz i tak będziesz wyglądać pięknie.
- Dobra, niech będzie ta. - odpowiedziałam i poszłam ją założyć. Potem zrobiłam lekki makijaż i podkręciłam włosy, aby układały się w delikatne fale. Kwadrans przed dziewiętnastą wyjechaliśmy.
Dom Hummelsa prezentował się świetnie. Na pierwszy rzut oka było widać, że mieszka w nim zamożny człowiek. Z serdecznym uśmiechem przywitała nas Cathy, zapraszając do wielkiego salonu. Słychać było rozmowy, a w tle leciała muzyka. Większość osób już była. Niektórzy pili alkohol, tańczyli, a jeszcze inni siedzieli na dworze przy wielkim, zadaszonym stole. Pogoda sprzyjała spędzaniu czasu na zewnątrz, chociaż zapowiadało się na deszcz. Przywitaliśmy się z Kevinem, Nurim i jego żoną, Sebastianem i Marcelem. Marco przedstawił mnie Moritzowi i Leo oraz ich dziewczynom. Cała czwórka sprawiała wrażenie bardzo towarzyskich i sympatycznych osób. Około dwudziestej doszli jeszcze ostatni goście, a przyjęcie coraz bardziej się rozkręcało. Marco nadrabiał zaległości z Mo i Leo, a ja poszłam do łazienki. Gdy z niej wyszłam, natknęłam się na Lisę i Sarę. Razem wyszłyśmy na świeże powietrze i usiadłyśmy na ławce. Tutaj było ciszej i spokojnie mogłyśmy poplotkować. W pewnym momencie dołączyła do nas Cathy z przystojnym, wysokim brunetem.
- Dziewczyny, poznajcie - to mój brat Mike. - przedstawiła go, a mężczyzna podał każdej z nas rękę i usiadł obok, razem z dziewczyną Hummelsa.
Rozmawialiśmy o zakończonym właśnie sezonie i o innych sportowych sprawach. Mike wyglądał na człowieka bardzo obeznanego i znającego się na sporcie.
- Mój kochany braciszek jest dziennikarzem, stąd tyle wie o piłce nożnej. - wyjaśniła Cathy.
- Naprawdę? To mamy wiele wspólnego, też pracowałam jako dziennikarka.- odpowiedziałam.
- To wy tutaj sobie porozmawiajcie, a my idziemy po coś do picia. - powiedziała Sara, ciągnąc za rękę Lisę. - Cathy, idziesz nam pomóc?
- Okej. - powiedziała i poszła za nimi.
- Pochodzisz z Niemiec? - zapytał mnie Mike.
- Nie, jestem Polką.
- To co tutaj robisz?
- Długa historia... A ty pracujesz w gazecie czy w telewizji? - zmieniłam temat.
- W telewizji, tak jak Cathy, przygotowuję materiały dla Sky Sport. - odpowiedział. W tym samym momencie pojawił się Marco z Matsem.
- Widzę, że poznałaś już Mike'a. Marco, lepiej uważaj, to straszny podrywacz. - zaśmiał się Hummels. Marco tylko lekko się uśmiechnął i usiadł obok mnie. Mike szybko się ulotnił i zostawił nas samych.
- Nie wiedziałam, że Cathy ma brata.
- Często go nie ma, z tego co słyszałem często jest w trasie z powodu swojego zawodu.
- Wiesz, chyba pójdę się czegoś napić. Zaraz wracam . - powiedziałam i poszłam do kuchni po wodę, ponieważ w salonie było tylko wino i cola.
Otworzyłam butelkę i szukałam szklanki. W pewnym momencie drzwi uchyliły się i do pomieszczenia wszedł Mike. Uśmiechnęłam się i zapytałam:
- Nie wiesz gdzie twoja siostra trzyma szklanki?
- Niestety nie, ale mogę zaoferować ci coś innego...- odparł, zbliżając się do mnie. Pomyślałam, że robi sobie ze mnie żarty i zaśmiałam się, lecz kiedy dzieliły nas centymetry, cofnęłam się, opierając się o ścianę.
- O czym ty mówisz? - zapytałam. Dotknął mojej twarzy, a ja odepchnęłam jego rękę.
- Przecież wiem, że tego chcesz... Nie ma go tutaj, nie martw się. - powiedział ściszonym głosem.
- Nie chcę, odsuń się. - powiedziałam stanowczo, ale on ani drgnął. Wręcz przeciwnie, zaczął mnie całować. Próbowałam go odepchnąć, ale to nic nie dało. Zobaczyłam w drzwiach Marco, który widział tę sytuację. Odwrócił się i szybko wyszedł. Uwolniłam się z uścisku Mike'a i pobiegłam za blondynem. Wychodził właśnie z posesji.
- Marco, zaczekaj! - krzyczałam, ale on się nie zatrzymywał. W końcu go dogoniłam i złapałam za rękę.
- Jak mogłaś? - odwrócił się i spojrzał na mnie oczami pełnymi bólu.
- To on...Marco... ja nie chciałam... - nie mogłam wydusić z siebie słowa.
- To koniec, Magdaleno. - powiedział, wsiadł do samochodu i szybko odjechał. Nie miałam nawet siły zaprotestować i wytłumaczyć całej sytuacji. Stałam w osłupieniu kilka chwil, a następnie wróciłam do środka po torebkę i skierowałam się w stronę pobliskiego parku. Nigdy nie byłam w takim stanie. Z moich oczu, niczym wodospad, płynęły łzy. Niebo było coraz bardziej zachmurzone i zaczęło płakać razem ze mną. Teraz byłam już cała mokra. Deszcz z minuty na minutę padał jeszcze bardziej. Usiadłam na ławce, nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, w sumie było mi wszystko jedno.
-Magda?! - w pewnej chwili usłyszałam kobiecy głos. Podniosłam głowę i zobaczyłam biegnącą dziewczynę. Była to Nina, znajoma z redakcji, u której mieszkałam, gdy w bloku była awaria. - Co ty robisz w tej ulewie, oszalałaś? - mówiła głośno, chcąc przekrzyczeć deszcz. Wzruszyłam tylko ramionami i schowałam twarz w dłonie. - Wstawaj, nabawisz się jeszcze jakiegoś przeziębienia! Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. - Co ty wyprawiasz? W ogóle co tutaj robisz? Coś się stało? - zasypywała mnie pytaniami.
- Leć do domu, poradzę sobie. - odpowiedziałam krótko.
- Mowy nie ma i tak jestem już cała mokra. - pokazała na swoją bluzę, która rzeczywiście była przemoczona. - Pójdziemy do mnie. - zarządziła, a mi się coś przypomniało.
- Nina, zostawiłam torebkę na ławce... Muszę po nią wrócić. - powiedziałam przez łzy, a ona głośno westchnęła.
- Okej, zaczekaj tutaj, ja pobiegnę, bo ty w tych szpilkach będziesz szła godzinę. - oznajmiła i szybko ruszyła w stronę ławki. Czekałam aż wróci, lecz nagle poczułam uderzenie w tył głowy. Upadłam i straciłam przytomność.
________________________________________________________
Baaaardzo dziękuję za nominację do Liebster Blog Award, ale niestety na razie nie mam czasu, żeby to ogarnąć. Przy okazji przepraszam, że dawno nie było rozdziału, ale jakoś kompletnie nie mogłam się zebrać. Przynajmniej jest jeden plus - coś zaczęło się dziać ! :)
CZYTASZ = KOMENTUJESZ :)
czwartek, 3 lipca 2014
41. ,,Jesteś zazdrosny..."
Następnego dnia, gdy się obudziłam, Marco już nie było. Pewnie pojechał na trening, w końcu już prawie dziesiąta. Zjadłam śniadanie, ubrałam się i zaczęłam wypełniać kolejne dokumenty. Do jutra powinnam się ze wszystkim wyrobić. W pewnej chwili zadzwonił mój telefon.Zanim go znalazłam pod stertą papierów, ktoś się rozłączył. Spojrzałam na wyświetlacz i zobaczyłam nieodebrane połączenie od Ann. Szybko oddzwoniłam, przypominając sobie o jej wczorajszym spotkaniu z Rehmannem.
- No i jak? - spytałam, kiedy odebrała.
- Musimy się spotkać. - odpowiedziała krótko.
- Nie dam rady, Ann. Mam masę pracy.
- Nie zajmę ci dużo czasu. - prosiła.
- No dobra, przyjedź do domu Marco. - uległam.
- Jesteś sama? - zawahała się.
- Tak, Marco jest na treningu. - zakończyłam rozmowę i czekałam na modelkę. Przyjechała taksówką po kwadransie i od razu zażyczyła sobie kawy.
- To, co podają w tych hotelach, woła o pomstę do nieba.- westchnęła siadając przy stole.
- Opowiedz mi o tym spotkaniu. - ponagliłam ją.
- Na razie nic specjalnego nie załatwiłam, ale jestem na dobrej drodze. Ten facet to jedna, wielka zagadka. Nie bardzo wiem jak mam go podejść. Niby widać, że łatwo go omotać i błyska naiwnością, ale z drugiej strony boję się, że może to być tylko taka poza. W końcu niemożliwe, żeby taki naiwniak kręcił takie interesy.
- A może jego coś łączy z Alex? - zaczęłam głośno myśleć.
- Nie wydaje mi się. Powiedziałam mu, że chcę kupić budynek, ale nie wydawał się być zainteresowany. Dopiero, gdy usłyszał kwotę jaką mogę za niego dać, to zwrócił uwagę. Widać, że leci na kasę...
- Na czym w końcu stanęło?
- Na tym, ze ma zastanowić się nad moją propozycją i dać mi odpowiedź.
- Co jeśli się nie zgodzi? - zapytałam.
- Nie przyjmuję takiej wersji. - nagle usłyszałyśmy jak ktoś wchodzi do domu. Oczywiście był to Reus.
- Witaj Marco. - powiedziała Ann z szerokim uśmiechem.
- Cześć. - odpowiedział zaskoczony jej obecnością. Odłożył torbę i pocałował mnie w policzek. - Co cię tutaj sprowadza? - zapytał podejrzliwie.
- Biznes, Panie Reus. Przy okazji odwiedzam starych znajomych. - odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem.
- Nie wiedziałem, że robisz interesy. - zaśmiał się, siadając z nami przy stole. Miałam nadzieję, że nie będzie nic wspominał o tym, co wczoraj mu powiedziałam.
- No widzisz, mam wiele zdolności. Będę się już zbierać. - powiedziała i ruszyła w stronę wyjścia, zabierając po drodze torebkę i sweter. - A, byłabym zapomniała! Jak jechałam, to widziałam takiego gościa, który się tu kręcił. Wyglądał jakby czegoś szukał. - spojrzałam na blondyna z niepokojem.
- To na pewno jakiś paparazzi, ciągle tutaj łażą. - odparł spokojnie. Chciałam zapytać Ann, jak wyglądał, ale ona rzuciła tylko krótkie ,,Trzymajcie się" i już jej nie było. Bałam się, że to mógłby być Marvin, ale nie dałam tego po sobie poznać. Uśmiechnęłam się do Marco i wróciłam do papierów.
- Może później gdzieś wyskoczymy na obiad? - zaproponował.
- Dobry pomysł, nie zdążę nic ugotować.
- Mamy zaproszenie na imprezę, pojutrze. - powiedział, siadając na kanapie, obok mnie.
- Do kogo? - zapytałam, nie odrywając się od dokumentów.
- Do Matsa. Sezon się skończył, Mats jak co roku robi wielkie przyjęcie i zaprasza mnóstwo osób. Poznasz Leo, Moritza i resztę chłopaków, którzy już nie grają w Borussii.
- Leo? To ten śliczny chłopak o brazylijskich korzeniach? - podniosłam brwi, uśmiechając się.
- Nie, to ten przeciętnej urody facet o brazylijskich korzeniach. - poprawił mnie, śmiejąc się. - Przecież on wcale nie jest przystojny...
- Może dla ciebie. - odpowiedziałam. - Ma dziewczynę ? - zapytałam poważnie, powstrzymując śmiech.
- Co to za pytanie? - odpowiedział, udając obrażonego.
- Jesteś zazdrosny...
- Wcale nie! No dobra, może trochę...
- Wiedziałam! - zaśmiałam się i mocno go przytuliłam. - Kocham cię.
- Ja ciebie też.
- No i jak? - spytałam, kiedy odebrała.
- Musimy się spotkać. - odpowiedziała krótko.
- Nie dam rady, Ann. Mam masę pracy.
- Nie zajmę ci dużo czasu. - prosiła.
- No dobra, przyjedź do domu Marco. - uległam.
- Jesteś sama? - zawahała się.
- Tak, Marco jest na treningu. - zakończyłam rozmowę i czekałam na modelkę. Przyjechała taksówką po kwadransie i od razu zażyczyła sobie kawy.
- To, co podają w tych hotelach, woła o pomstę do nieba.- westchnęła siadając przy stole.
- Opowiedz mi o tym spotkaniu. - ponagliłam ją.
- Na razie nic specjalnego nie załatwiłam, ale jestem na dobrej drodze. Ten facet to jedna, wielka zagadka. Nie bardzo wiem jak mam go podejść. Niby widać, że łatwo go omotać i błyska naiwnością, ale z drugiej strony boję się, że może to być tylko taka poza. W końcu niemożliwe, żeby taki naiwniak kręcił takie interesy.
- A może jego coś łączy z Alex? - zaczęłam głośno myśleć.
- Nie wydaje mi się. Powiedziałam mu, że chcę kupić budynek, ale nie wydawał się być zainteresowany. Dopiero, gdy usłyszał kwotę jaką mogę za niego dać, to zwrócił uwagę. Widać, że leci na kasę...
- Na czym w końcu stanęło?
- Na tym, ze ma zastanowić się nad moją propozycją i dać mi odpowiedź.
- Co jeśli się nie zgodzi? - zapytałam.
- Nie przyjmuję takiej wersji. - nagle usłyszałyśmy jak ktoś wchodzi do domu. Oczywiście był to Reus.
- Witaj Marco. - powiedziała Ann z szerokim uśmiechem.
- Cześć. - odpowiedział zaskoczony jej obecnością. Odłożył torbę i pocałował mnie w policzek. - Co cię tutaj sprowadza? - zapytał podejrzliwie.
- Biznes, Panie Reus. Przy okazji odwiedzam starych znajomych. - odpowiedziała z tajemniczym uśmiechem.
- Nie wiedziałem, że robisz interesy. - zaśmiał się, siadając z nami przy stole. Miałam nadzieję, że nie będzie nic wspominał o tym, co wczoraj mu powiedziałam.
- No widzisz, mam wiele zdolności. Będę się już zbierać. - powiedziała i ruszyła w stronę wyjścia, zabierając po drodze torebkę i sweter. - A, byłabym zapomniała! Jak jechałam, to widziałam takiego gościa, który się tu kręcił. Wyglądał jakby czegoś szukał. - spojrzałam na blondyna z niepokojem.
- To na pewno jakiś paparazzi, ciągle tutaj łażą. - odparł spokojnie. Chciałam zapytać Ann, jak wyglądał, ale ona rzuciła tylko krótkie ,,Trzymajcie się" i już jej nie było. Bałam się, że to mógłby być Marvin, ale nie dałam tego po sobie poznać. Uśmiechnęłam się do Marco i wróciłam do papierów.
- Może później gdzieś wyskoczymy na obiad? - zaproponował.
- Dobry pomysł, nie zdążę nic ugotować.
- Mamy zaproszenie na imprezę, pojutrze. - powiedział, siadając na kanapie, obok mnie.
- Do kogo? - zapytałam, nie odrywając się od dokumentów.
- Do Matsa. Sezon się skończył, Mats jak co roku robi wielkie przyjęcie i zaprasza mnóstwo osób. Poznasz Leo, Moritza i resztę chłopaków, którzy już nie grają w Borussii.
- Leo? To ten śliczny chłopak o brazylijskich korzeniach? - podniosłam brwi, uśmiechając się.
- Nie, to ten przeciętnej urody facet o brazylijskich korzeniach. - poprawił mnie, śmiejąc się. - Przecież on wcale nie jest przystojny...
- Może dla ciebie. - odpowiedziałam. - Ma dziewczynę ? - zapytałam poważnie, powstrzymując śmiech.
- Co to za pytanie? - odpowiedział, udając obrażonego.
- Jesteś zazdrosny...
- Wcale nie! No dobra, może trochę...
- Wiedziałam! - zaśmiałam się i mocno go przytuliłam. - Kocham cię.
- Ja ciebie też.
piątek, 20 czerwca 2014
40. ,,Może się czegoś napijesz, mamusiu? "
Wczesnym rankiem wszyscy wylądowaliśmy na lotnisku w Dortmundzie. Większość osób była niewyspana i nie wyglądała zbyt dobrze, co było skutkiem prawie nieprzespanej nocy. Ja również nie miałam dobrego humoru, ponieważ cały czas w głowie ,,siedział" mi wczorajszy telefon od Marvina.
- Madzia, przestań się tym już zamartwiać. To naprawdę nie ma sensu. - przytulił mnie Marco, gdy odebraliśmy walizki.
- Boję się, że on może popsuć ci karierę...Jest zdolny do wszystkiego. -odparłam.
- On nie może nic zrobić. Nawet nie wiadomo czy odbędzie się ta cała rozprawa przeciwko mnie, którą tak nam groził. - wsiedliśmy do taksówki i po kilkunastu minutach byliśmy już w domu piłkarza. - Jestem niesamowicie głodny. Może zrobimy jakieś porządne śniadanie?- zapytał, a ja zajrzałam do lodówki.
- Możemy zrobić jedynie tosty, twoja lodówka świeci pustkami. - zaśmiałam się, wyjmując ser.
- Zaraz,zaraz teraz to jest nasza lodówka! - powiedział z naciskiem na ,,nasza", a następnie pocałował mnie w policzek. - Chcę żebyś czuła się jak u siebie, to jest również twój dom. - nic nie odpowiedziałam.
Marco kroił pomidory, a ja wyjęłam z szafki tarkę. Gdy blondyn wykonał już swoje zadanie, usiadł przy stole, dokładnie mi się przyglądając. Wiedziałam, że koszulka, którą na sobie mam jest dosyć krótka i odsłania fragment mojego ciała. Po starciu sera celowo oblizuję palce i uzyskuję efekt, jakiego się spodziewałam. Reus podchodzi do mnie i całuje mnie w kark.
- Chcesz usłyszeć o czym myślę? - pyta cicho.
- Powiedz, choć i tak wiem.
- Pragnę cię. - obracam się, a on całuje mnie w usta. - Bardzo.
-Powiedzieć ci, czego ja chcę? - szepczę.
- Tak.
- Ciebie. - wyłączam piekarnik, zanim pójdziemy do sypialni.
Na pewien czas zapominam o Marvinie, ale potem, kiedy leżę obok Marco, uczucie przygnębienia dopada mnie na nowo. W pewnej chwili ogarnia mnie uczucie wszechmocy. W ułamku sekundy zmieniam swoje nastawienie. Stwierdzam, że się nie dam omamić, poniżyć i zastraszyć. Nie pozwolę, aby to jakiś chory psychicznie człowiek siedział mi cały czas w głowie. Przecież w tym miejscu powinien być mój Marco.
- Wiesz co? Masz rację, koniec z zamartwianiem się! - mówię pewnie do blondyna leżącego obok.
- Nic ci nie grozi. - muska palcem moją twarz. Potem przyciąga mnie jeszcze bliżej i całuje. W policzek. W brodę. W drugi policzek. A potem w usta. Robi to bardzo delikatnie.
- Muszę już wstać, dobrze byłoby, gdybym zajrzała do pracy. - mówię, powoli się ubierając.
- Przecież sezon się już skończył, masz wolne...Zostań jeszcze chwilę. - prosi.
- Właśnie, sezon się kończy i jest mnóstwo spraw do zamknięcia. Wszystko szybko załatwię i do ciebie wrócę. - całuję go przelotnie w policzek i idę do łazienki. Gdy z niej już wychodzę, Marco jest prawie ubrany.
- Ann do ciebie dzwoniła, odebrałem. Była jakaś dziwna, zaczęła mówić, że jedzie do Dortmundu i, że kogoś zniszczy... Jak się dowiedziała, że rozmawia ze mną to zaczęła się jąkać i wydusiła tylko tyle, żebyś do niej zadzwoniła. Nie wiesz o co chodzi? - spojrzał na mnie badawczo swoimi brązowymi oczami. Nie mogłam go okłamać. Nie potrafiłam.
- Ona ma pewien plan, ale nie mogę ci powiedzieć... To nic takiego, coś sobie umyśliła, z resztą wiesz jaka jest Ann.
- Ale jaki plan? Jak to ,,nic takiego" ? Przecież powiedziała, że chce kogoś... - przerwał w połowie zdania. - Chodzi o Alexandrę? - zapytał, a ja nic nie odpowiedziałam. - Co ona chce jej zrobić?
- Nic. Po prostu nie może darować jej tego, że poszła z Mario do łóżka. Przepraszam, ale muszę już iść. - powiedziałam i szybko wyszłam z domu.
Jadąc do klubu, zastanawiałam się czy Ann, wiedząc o tym co zrobiłam, już by mnie zabiła. Chociaż drugiej strony, nie powiedziałam Reusowi najważniejszej rzeczy, czyli sedna jej planu. Poza tym, jestem pewna, że zdeterminowanej Ann nic nie powstrzyma. Kiedy dojechałam na miejsce, od razu do niej zadzwoniłam.
- Nie możesz nosić telefonu przy sobie, tylko zostawiasz go, cholera wie gdzie? - ,,miło" mnie przywitała. - Prawie wygadałam się Reusowi!
- Nie przejmuj się, nic nie wie. - ups..., chyba troszkę ją okłamałam.
- Mam nadzieję. Wieczorem jestem umówiona na spotkanie z Dietrem Rehmannem. Pamiętasz kim on jest, prawda? - zapytała słodkim głosikiem.
- Tak, właściciel budynku, w którym znajduje się restauracja. - odpowiedziałam jednym tchem.
- Może masz ochotę pójść tam ze mną? Wiesz, co dwie urodziwe blondynki, to nie jedna...
- Nie mieszaj mnie w to. Nigdzie nie idę. Życzę ci powodzenia, a teraz muszę już kończyć, idę do pracy.
- Okej, jutro możemy się spotkać, zdam ci relację z dzisiaj.
- Dobra, do się zdzwonimy, pa. - powiedziałam i rozłączyłam się, wysiadając z samochodu.
Z pracy wróciłam dopiero wieczorem. Ze stertą papierów, cudem wysiadłam z samochodu. Ruszyłam do drzwi, ale nie byłam w stanie wygrzebać kluczy z dna torebki. Ramieniem udało mi się wcisnąć dzwonek. Po chwili drzwi się otworzyły.
- Cześ kochanie, co tak późno? - zapytał blondyn. - Co to? - wskazał na pokaźną kupę kartek na moich rękach.
- Nie pytaj tylko weź to ode mnie. - przekazałam mu dokumenty i rozsznurowałam buty. - Nadal uważasz, że mam wolne? - zaśmiałam się. - To wszystko muszę wypełnić do środy. Mam dwa dni.
- Pomógłbym ci, gdybym umiał, ale niestety... W zamian za to, mogę zrobić kolację, a ty sobie odpoczniesz, co ty na to?
- Super pomysł, ale wydaje mi się, że do wtorku nie będę miała chwili odpoczynku.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
-Otworzę. - zakomunikował blondyn i ruszył do drzwi. Po chwili w salonie pojawiła się kobieta w średnim wieku. - To moja mama. - powiedział Marco. Wstałam i podeszłam do niej, wyciągając rękę. Posłała mi szczery uśmiech. - A to jest Madzia, moja dziewczyna. - przedstawił mnie swojej matce.
- Marco dużo o tobie opowiadał. - odarła kobieta, a Marco śmiesznie wywrócił oczami.
- Może się czegoś napijesz, mamusiu? - zaproponował blondyn.
- Herbatki, kochanie. - odparła, a piłkarz ruszył do kuchni. Ja zaczęłam sprzątać wszystkie dokumenty, teczki i inne rzeczy, które leżały na stoliku.
- Przepraszam za bałagan, ale dopiero wróciłam z pracy i...
- Nie ma problemu, nie sprzątaj. - uśmiechnęła się, siadając obok mnie. - Cieszę się, że tutaj mieszkasz, Marco dzięki tobie bardzo dojrzał. Dawniej to wszystko wyglądało znacznie gorzej...- rozejrzała się po salonie.
- Nie przesadzaj, zawsze było czysto. - odparł blondyn, kładąc filiżankę na stoliku. - Po prostu, zawsze przychodziłaś w nieodpowiednim momencie.
Wieczór upłynął w bardzo miłej atmosferze, a mama Marco okazała się być niesamowicie przyjazną osobą. To bardzo ciepła, miła i sympatyczna osoba, zarażająca pozytywną energią. Piłkarz jest do niej bardzo podobny pod względem charakteru. Jest bardzo przywiązany do swojej rodziny i widać, że bardzo ją kocha. Siedząc w ich towarzystwie, przez chwilę zamarzyłam, aby być za kilka lat żoną Marco i otaczać się tak wspaniałymi ludźmi.
- Madzia, przestań się tym już zamartwiać. To naprawdę nie ma sensu. - przytulił mnie Marco, gdy odebraliśmy walizki.
- Boję się, że on może popsuć ci karierę...Jest zdolny do wszystkiego. -odparłam.
- On nie może nic zrobić. Nawet nie wiadomo czy odbędzie się ta cała rozprawa przeciwko mnie, którą tak nam groził. - wsiedliśmy do taksówki i po kilkunastu minutach byliśmy już w domu piłkarza. - Jestem niesamowicie głodny. Może zrobimy jakieś porządne śniadanie?- zapytał, a ja zajrzałam do lodówki.
- Możemy zrobić jedynie tosty, twoja lodówka świeci pustkami. - zaśmiałam się, wyjmując ser.
- Zaraz,zaraz teraz to jest nasza lodówka! - powiedział z naciskiem na ,,nasza", a następnie pocałował mnie w policzek. - Chcę żebyś czuła się jak u siebie, to jest również twój dom. - nic nie odpowiedziałam.
Marco kroił pomidory, a ja wyjęłam z szafki tarkę. Gdy blondyn wykonał już swoje zadanie, usiadł przy stole, dokładnie mi się przyglądając. Wiedziałam, że koszulka, którą na sobie mam jest dosyć krótka i odsłania fragment mojego ciała. Po starciu sera celowo oblizuję palce i uzyskuję efekt, jakiego się spodziewałam. Reus podchodzi do mnie i całuje mnie w kark.
- Chcesz usłyszeć o czym myślę? - pyta cicho.
- Powiedz, choć i tak wiem.
- Pragnę cię. - obracam się, a on całuje mnie w usta. - Bardzo.
-Powiedzieć ci, czego ja chcę? - szepczę.
- Tak.
- Ciebie. - wyłączam piekarnik, zanim pójdziemy do sypialni.
Na pewien czas zapominam o Marvinie, ale potem, kiedy leżę obok Marco, uczucie przygnębienia dopada mnie na nowo. W pewnej chwili ogarnia mnie uczucie wszechmocy. W ułamku sekundy zmieniam swoje nastawienie. Stwierdzam, że się nie dam omamić, poniżyć i zastraszyć. Nie pozwolę, aby to jakiś chory psychicznie człowiek siedział mi cały czas w głowie. Przecież w tym miejscu powinien być mój Marco.
- Wiesz co? Masz rację, koniec z zamartwianiem się! - mówię pewnie do blondyna leżącego obok.
- Nic ci nie grozi. - muska palcem moją twarz. Potem przyciąga mnie jeszcze bliżej i całuje. W policzek. W brodę. W drugi policzek. A potem w usta. Robi to bardzo delikatnie.
- Muszę już wstać, dobrze byłoby, gdybym zajrzała do pracy. - mówię, powoli się ubierając.
- Przecież sezon się już skończył, masz wolne...Zostań jeszcze chwilę. - prosi.
- Właśnie, sezon się kończy i jest mnóstwo spraw do zamknięcia. Wszystko szybko załatwię i do ciebie wrócę. - całuję go przelotnie w policzek i idę do łazienki. Gdy z niej już wychodzę, Marco jest prawie ubrany.
- Ann do ciebie dzwoniła, odebrałem. Była jakaś dziwna, zaczęła mówić, że jedzie do Dortmundu i, że kogoś zniszczy... Jak się dowiedziała, że rozmawia ze mną to zaczęła się jąkać i wydusiła tylko tyle, żebyś do niej zadzwoniła. Nie wiesz o co chodzi? - spojrzał na mnie badawczo swoimi brązowymi oczami. Nie mogłam go okłamać. Nie potrafiłam.
- Ona ma pewien plan, ale nie mogę ci powiedzieć... To nic takiego, coś sobie umyśliła, z resztą wiesz jaka jest Ann.
- Ale jaki plan? Jak to ,,nic takiego" ? Przecież powiedziała, że chce kogoś... - przerwał w połowie zdania. - Chodzi o Alexandrę? - zapytał, a ja nic nie odpowiedziałam. - Co ona chce jej zrobić?
- Nic. Po prostu nie może darować jej tego, że poszła z Mario do łóżka. Przepraszam, ale muszę już iść. - powiedziałam i szybko wyszłam z domu.
Jadąc do klubu, zastanawiałam się czy Ann, wiedząc o tym co zrobiłam, już by mnie zabiła. Chociaż drugiej strony, nie powiedziałam Reusowi najważniejszej rzeczy, czyli sedna jej planu. Poza tym, jestem pewna, że zdeterminowanej Ann nic nie powstrzyma. Kiedy dojechałam na miejsce, od razu do niej zadzwoniłam.
- Nie możesz nosić telefonu przy sobie, tylko zostawiasz go, cholera wie gdzie? - ,,miło" mnie przywitała. - Prawie wygadałam się Reusowi!
- Nie przejmuj się, nic nie wie. - ups..., chyba troszkę ją okłamałam.
- Mam nadzieję. Wieczorem jestem umówiona na spotkanie z Dietrem Rehmannem. Pamiętasz kim on jest, prawda? - zapytała słodkim głosikiem.
- Tak, właściciel budynku, w którym znajduje się restauracja. - odpowiedziałam jednym tchem.
- Może masz ochotę pójść tam ze mną? Wiesz, co dwie urodziwe blondynki, to nie jedna...
- Nie mieszaj mnie w to. Nigdzie nie idę. Życzę ci powodzenia, a teraz muszę już kończyć, idę do pracy.
- Okej, jutro możemy się spotkać, zdam ci relację z dzisiaj.
- Dobra, do się zdzwonimy, pa. - powiedziałam i rozłączyłam się, wysiadając z samochodu.
Z pracy wróciłam dopiero wieczorem. Ze stertą papierów, cudem wysiadłam z samochodu. Ruszyłam do drzwi, ale nie byłam w stanie wygrzebać kluczy z dna torebki. Ramieniem udało mi się wcisnąć dzwonek. Po chwili drzwi się otworzyły.
- Cześ kochanie, co tak późno? - zapytał blondyn. - Co to? - wskazał na pokaźną kupę kartek na moich rękach.
- Nie pytaj tylko weź to ode mnie. - przekazałam mu dokumenty i rozsznurowałam buty. - Nadal uważasz, że mam wolne? - zaśmiałam się. - To wszystko muszę wypełnić do środy. Mam dwa dni.
- Pomógłbym ci, gdybym umiał, ale niestety... W zamian za to, mogę zrobić kolację, a ty sobie odpoczniesz, co ty na to?
- Super pomysł, ale wydaje mi się, że do wtorku nie będę miała chwili odpoczynku.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
-Otworzę. - zakomunikował blondyn i ruszył do drzwi. Po chwili w salonie pojawiła się kobieta w średnim wieku. - To moja mama. - powiedział Marco. Wstałam i podeszłam do niej, wyciągając rękę. Posłała mi szczery uśmiech. - A to jest Madzia, moja dziewczyna. - przedstawił mnie swojej matce.
- Marco dużo o tobie opowiadał. - odarła kobieta, a Marco śmiesznie wywrócił oczami.
- Może się czegoś napijesz, mamusiu? - zaproponował blondyn.
- Herbatki, kochanie. - odparła, a piłkarz ruszył do kuchni. Ja zaczęłam sprzątać wszystkie dokumenty, teczki i inne rzeczy, które leżały na stoliku.
- Przepraszam za bałagan, ale dopiero wróciłam z pracy i...
- Nie ma problemu, nie sprzątaj. - uśmiechnęła się, siadając obok mnie. - Cieszę się, że tutaj mieszkasz, Marco dzięki tobie bardzo dojrzał. Dawniej to wszystko wyglądało znacznie gorzej...- rozejrzała się po salonie.
- Nie przesadzaj, zawsze było czysto. - odparł blondyn, kładąc filiżankę na stoliku. - Po prostu, zawsze przychodziłaś w nieodpowiednim momencie.
Wieczór upłynął w bardzo miłej atmosferze, a mama Marco okazała się być niesamowicie przyjazną osobą. To bardzo ciepła, miła i sympatyczna osoba, zarażająca pozytywną energią. Piłkarz jest do niej bardzo podobny pod względem charakteru. Jest bardzo przywiązany do swojej rodziny i widać, że bardzo ją kocha. Siedząc w ich towarzystwie, przez chwilę zamarzyłam, aby być za kilka lat żoną Marco i otaczać się tak wspaniałymi ludźmi.
środa, 4 czerwca 2014
39. ,,No, w końcu mówisz coś normalnego!"
Nadszedł dzień ostatniego meczu w tym sezonie, który miał odbyć się w Berlinie - Borussia Dortmund kontra Bayern Monachium. Wczesnym rankiem, razem z Luizą udałyśmy się na lotnisko. Dziewczyna była już w lepszym stanie, była nawet zadowolona, że wraca do domu, bowiem jej matka przemyślała sprawę i uświadomiła sobie, że popełniła wielki błąd. Oczywiście ich relacje na pewno nie będą kolorowe, ale najważniejsze, że sprawa osiągnęła porozumienie. Kiedy doleciałyśmy do stolicy Niemiec, Lu od razu wzięła taksówkę i pojechała do rodziców. Natomiast ja umówiłam się z Ann, że spotkamy się przy głównym wejściu, kwadrans przed meczem. Czekała na mnie w umówionym miejscu.
- Jak tam twój plan? - zapytałam, gdy kierowałyśmy się na trybuny.
- Bardzo dobrze. Swoją drogą, niedługo zawitam do Dortmundu. Wyprowadzam się z Monachium, nic mnie tam nie trzyma. Dostałam korzystną ofertę tutaj, w Berlinie.
- Szkoda. Miałam nadzieję, że się jakoś dogadacie z Mario... - westchnęłam.
- Chyba sobie żartujesz. Uważasz, że mogłabym mu to wybaczyć? Nie ma mowy.
- Co masz zamiar teraz zrobić z Alex? - zapytałam, siadając w wyznaczonym dla mnie miejscu.
- To, co ci wcześniej mówiłam. Znajdę sposób na tego faceta i odkupię restaurację. - odpowiedziała pewna siebie, a ja postanowiłam nie drążyć dalej tego tematu.
Mecz niestety nie skończył się dobrze dla piłkarzy Borussii. Przegrali 2-0, po dogrywce. Z boiska schodzili ze spuszczonymi głowami. Było mi szkoda w szczególności Marco, który bardzo chciał wygrać ten pojedynek. Dostrzegłam jego złość, a zarazem smutek. Kilka rzędów dalej odnalazłam Anię i Simmone. Pożegnałam się z Ann i ruszyłam w stronę dziewczyn. Razem miałyśmy się udać na imprezę z okazji zakończenia sezonu. W zespole z Dortmundu to podobno tradycja, że co roku, po ostatnim meczu, organizowane jest przyjęcie. Każda z nas miała zapisany adres hotelu, w którym miało się ono odbyć. Postanowiłyśmy, że nie będziemy czekać na resztę dziewczyn, więc złapałyśmy taksówkę i kazałyśmy się zawieźć w wyznaczone miejsce. Budynek prezentował się wyśmienicie, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Ogromna sala bankietowa i piękna fontanna po środku. W trójkę poszłyśmy się przebrać, wszystkie zostałyśmy poproszone o zabranie ze sobą strojów wieczorowych, co oznaczało, że każda partnerka ma mieć jakąś kieckę, aby nie paradować w koszulce meczowej na imprezie. Gdy wróciłyśmy na salę, przybyła już większość dziewczyn. Zasiadłyśmy przy stole i czekałyśmy na piłkarzy. Gdy ci się pojawili, włączono głośną muzykę. Marco podszedł do stołu i zajął miejsce obok mnie.
- Nie teraz, to za rok, nie martw się. - przytuliłam go do siebie.
- Mówię sobie to po każdym sezonie i jakoś nic z tego nie wychodzi. - odpowiedział. - Ale wiesz co? Teraz jest inaczej. Mam ciebie i wszystkie porażki przyjmuję z większym dystansem. Zacząłem dostrzegać, że istnieje życie poza piłką, dzięki tobie. Wiem, że teraz znacznie ważniejsze jest moje życie prywatne i to o nie powinienem się najbardziej troszczyć. - objął mnie i pocałował.
- No, w końcu mówisz coś normalnego! - zaśmiałam się. - Zapomnijmy o tym co? Teraz trzeba się bawić, za kilka dni masz zgrupowanie reprezentacji i nie będzie na to czasu.
- Ale potem jedziemy na jakieś długie, fajne wakacje. Oboje musimy od tego wszystkiego odpocząć. - powiedział, a ja od razu pomyślałam o Marvinie i o tym, że to nie koniec kłopotów. Nie znam go zbyt długo, ale jestem pewna, że zrobi wszystko, żeby mnie zniszczyć. Wiem, że ,,atakuje" Marco, ale tak naprawdę chce, żebym to ja cierpiała.
- Jasne. - uśmiechnęłam się. - Jednak najpierw Mundial, a dopiero potem wakacje.
Przyjęcie upłynęło w bardzo miłej atmosferze, jednak nie obyło się bez łez. Był to czas pożegnań, odszedł Robert, co Marco również bardzo przeżył. Wznieśliśmy za Lewandowskich kilka toastów i życzyliśmy im obojgu wielu sukcesów.
- Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł zobaczyć małego Lewego! - zaśmiał się Reus, gdy Robert z Anką do nas podeszli.
- Dobra, bądź cierpliwy, może za kilka lat... - odpowiedziała z uśmiechem brunetka.
- ,,Za kilka lat"? To ja będę już wtedy na emeryturze! - odparł blondyn.
- I dobrze, będziesz miał czas, żeby się nim zajmować, a ja będę wtedy grał w piłkę. Tylko będziesz musiał przeprowadzić się do Monachium. - odpowiedział Lewy.
- O nie, ja wtedy będę zajmował się swoimi dziećmi. - zaśmiał się Marco i puścił mi oczko. Wtedy zrozumiałam, że ma wobec mnie naprawdę poważne plany. Szeroko się uśmiechnęłam i pokiwałam głową.
- Tego wam życzę, Marco. - powiedziała Ania. - Madzia, mam nadzieję, że będziemy się spotykać na meczach naszej kochanej reprezentacji. - zwróciła się do mnie.
- Jeśli znajdę czas, to dlaczego nie... - odparłam.
Impreza trwała do późna. Wszyscy świetnie się bawili. Po drugiej w nocy, część osób zaczęła się rozchodzić do swoich pokojów w hotelu. Mieliśmy tam przenocować i następnego dnia razem wrócić do Dortmundu.
- Jestem już zmęczony, idziemy na górę? - zapytał Marco.
- Jasne. - złapałam go za rękę i ruszyliśmy do pokoju, który znajdował się piętro wyżej.
Gdy weszliśmy do środka, od razu rzuciło nam się w oczy ogromne łóżko. Obok niego stała mała szafka i stolik, na którym stał wazon z bukietem kwiatów. Zdjęłam szpilki i podeszłam do lustra. Poczułam jak blondyn mnie obejmuje, a następnie całuje po szyi. Prawą ręką ściągnął ramiączko mojej sukienki.
- Podobno byłeś zmęczony.- zaśmiałam się.
- Nie aż tak... - odpowiedział cicho.
Odwróciłam się i zaczęłam go całować. Moja sukienka leżała na podłodze. Skierowaliśmy się powoli w stronę łóżka, w międzyczasie wzajemnie pozbywając się garderoby. W pewnym momencie zadzwonił mój telefon.
- Proszę, nie odbieraj. - powiedział piłkarz, jednak ja pomyślałam, że może to być co ważnego. W końcu była prawie trzecia w nocy.
- Słucham? - odebrałam telefon.
- Celebruj dzisiejszy dzień. Być może w przyszłym sezonie twojego chłopca żaden klub nie będzie chciał... - usłyszałam szyderczy głos Marvina, a następnie sygnał.
- Madzia, spokojnie. - powiedział Marco, który słyszał głos w słuchawce. - On tylko próbuje cię zastraszyć, nic nie może nam zrobić.
- Nie mogę być spokojna, czy ty naprawdę nie rozumiesz co on mi zrobił?! - wybuchnęłam.
- Rozumiem, doskonale rozumiem, kochanie. - objął mnie ramieniem. - Ale obiecuję ci, że teraz jesteś bezpieczna.
- Marco, przepraszam, ale chyba położę się spać.
- Oczywiście, dobranoc. - odpowiedział i mocno mnie do siebie przytulił.
- Jak tam twój plan? - zapytałam, gdy kierowałyśmy się na trybuny.
- Bardzo dobrze. Swoją drogą, niedługo zawitam do Dortmundu. Wyprowadzam się z Monachium, nic mnie tam nie trzyma. Dostałam korzystną ofertę tutaj, w Berlinie.
- Szkoda. Miałam nadzieję, że się jakoś dogadacie z Mario... - westchnęłam.
- Chyba sobie żartujesz. Uważasz, że mogłabym mu to wybaczyć? Nie ma mowy.
- Co masz zamiar teraz zrobić z Alex? - zapytałam, siadając w wyznaczonym dla mnie miejscu.
- To, co ci wcześniej mówiłam. Znajdę sposób na tego faceta i odkupię restaurację. - odpowiedziała pewna siebie, a ja postanowiłam nie drążyć dalej tego tematu.
Mecz niestety nie skończył się dobrze dla piłkarzy Borussii. Przegrali 2-0, po dogrywce. Z boiska schodzili ze spuszczonymi głowami. Było mi szkoda w szczególności Marco, który bardzo chciał wygrać ten pojedynek. Dostrzegłam jego złość, a zarazem smutek. Kilka rzędów dalej odnalazłam Anię i Simmone. Pożegnałam się z Ann i ruszyłam w stronę dziewczyn. Razem miałyśmy się udać na imprezę z okazji zakończenia sezonu. W zespole z Dortmundu to podobno tradycja, że co roku, po ostatnim meczu, organizowane jest przyjęcie. Każda z nas miała zapisany adres hotelu, w którym miało się ono odbyć. Postanowiłyśmy, że nie będziemy czekać na resztę dziewczyn, więc złapałyśmy taksówkę i kazałyśmy się zawieźć w wyznaczone miejsce. Budynek prezentował się wyśmienicie, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Ogromna sala bankietowa i piękna fontanna po środku. W trójkę poszłyśmy się przebrać, wszystkie zostałyśmy poproszone o zabranie ze sobą strojów wieczorowych, co oznaczało, że każda partnerka ma mieć jakąś kieckę, aby nie paradować w koszulce meczowej na imprezie. Gdy wróciłyśmy na salę, przybyła już większość dziewczyn. Zasiadłyśmy przy stole i czekałyśmy na piłkarzy. Gdy ci się pojawili, włączono głośną muzykę. Marco podszedł do stołu i zajął miejsce obok mnie.
- Nie teraz, to za rok, nie martw się. - przytuliłam go do siebie.
- Mówię sobie to po każdym sezonie i jakoś nic z tego nie wychodzi. - odpowiedział. - Ale wiesz co? Teraz jest inaczej. Mam ciebie i wszystkie porażki przyjmuję z większym dystansem. Zacząłem dostrzegać, że istnieje życie poza piłką, dzięki tobie. Wiem, że teraz znacznie ważniejsze jest moje życie prywatne i to o nie powinienem się najbardziej troszczyć. - objął mnie i pocałował.
- No, w końcu mówisz coś normalnego! - zaśmiałam się. - Zapomnijmy o tym co? Teraz trzeba się bawić, za kilka dni masz zgrupowanie reprezentacji i nie będzie na to czasu.
- Ale potem jedziemy na jakieś długie, fajne wakacje. Oboje musimy od tego wszystkiego odpocząć. - powiedział, a ja od razu pomyślałam o Marvinie i o tym, że to nie koniec kłopotów. Nie znam go zbyt długo, ale jestem pewna, że zrobi wszystko, żeby mnie zniszczyć. Wiem, że ,,atakuje" Marco, ale tak naprawdę chce, żebym to ja cierpiała.
- Jasne. - uśmiechnęłam się. - Jednak najpierw Mundial, a dopiero potem wakacje.
Przyjęcie upłynęło w bardzo miłej atmosferze, jednak nie obyło się bez łez. Był to czas pożegnań, odszedł Robert, co Marco również bardzo przeżył. Wznieśliśmy za Lewandowskich kilka toastów i życzyliśmy im obojgu wielu sukcesów.
- Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł zobaczyć małego Lewego! - zaśmiał się Reus, gdy Robert z Anką do nas podeszli.
- Dobra, bądź cierpliwy, może za kilka lat... - odpowiedziała z uśmiechem brunetka.
- ,,Za kilka lat"? To ja będę już wtedy na emeryturze! - odparł blondyn.
- I dobrze, będziesz miał czas, żeby się nim zajmować, a ja będę wtedy grał w piłkę. Tylko będziesz musiał przeprowadzić się do Monachium. - odpowiedział Lewy.
- O nie, ja wtedy będę zajmował się swoimi dziećmi. - zaśmiał się Marco i puścił mi oczko. Wtedy zrozumiałam, że ma wobec mnie naprawdę poważne plany. Szeroko się uśmiechnęłam i pokiwałam głową.
- Tego wam życzę, Marco. - powiedziała Ania. - Madzia, mam nadzieję, że będziemy się spotykać na meczach naszej kochanej reprezentacji. - zwróciła się do mnie.
- Jeśli znajdę czas, to dlaczego nie... - odparłam.
Impreza trwała do późna. Wszyscy świetnie się bawili. Po drugiej w nocy, część osób zaczęła się rozchodzić do swoich pokojów w hotelu. Mieliśmy tam przenocować i następnego dnia razem wrócić do Dortmundu.
- Jestem już zmęczony, idziemy na górę? - zapytał Marco.
- Jasne. - złapałam go za rękę i ruszyliśmy do pokoju, który znajdował się piętro wyżej.
Gdy weszliśmy do środka, od razu rzuciło nam się w oczy ogromne łóżko. Obok niego stała mała szafka i stolik, na którym stał wazon z bukietem kwiatów. Zdjęłam szpilki i podeszłam do lustra. Poczułam jak blondyn mnie obejmuje, a następnie całuje po szyi. Prawą ręką ściągnął ramiączko mojej sukienki.
- Podobno byłeś zmęczony.- zaśmiałam się.
- Nie aż tak... - odpowiedział cicho.
Odwróciłam się i zaczęłam go całować. Moja sukienka leżała na podłodze. Skierowaliśmy się powoli w stronę łóżka, w międzyczasie wzajemnie pozbywając się garderoby. W pewnym momencie zadzwonił mój telefon.
- Proszę, nie odbieraj. - powiedział piłkarz, jednak ja pomyślałam, że może to być co ważnego. W końcu była prawie trzecia w nocy.
- Słucham? - odebrałam telefon.
- Celebruj dzisiejszy dzień. Być może w przyszłym sezonie twojego chłopca żaden klub nie będzie chciał... - usłyszałam szyderczy głos Marvina, a następnie sygnał.
- Madzia, spokojnie. - powiedział Marco, który słyszał głos w słuchawce. - On tylko próbuje cię zastraszyć, nic nie może nam zrobić.
- Nie mogę być spokojna, czy ty naprawdę nie rozumiesz co on mi zrobił?! - wybuchnęłam.
- Rozumiem, doskonale rozumiem, kochanie. - objął mnie ramieniem. - Ale obiecuję ci, że teraz jesteś bezpieczna.
- Marco, przepraszam, ale chyba położę się spać.
- Oczywiście, dobranoc. - odpowiedział i mocno mnie do siebie przytulił.
środa, 28 maja 2014
38. ,,Chcę ci pomóc."
W sklepie, miła pani ekspedientka, potwierdziła informacje o właścicielu budynku. Właścicielem jest Dietr Rehmann, jest dobrze ułożonym mężczyzną, przed czterdziestką. Wysłałam Ann krótkiego sms-a i wróciłam do domu. Przebrałam się i powtórnie wsiadłam w samochód, kierując się na ostatni mecz w tym sezonie na stadionie w Dortmundzie. Masa ludzi jechała w tym samym kierunku, miasto było bardzo zatłoczone, dlatego droga zajęła mi ponad pół godziny. Miejsce miałam w sektorze, z którego bez problemu można śledzić każdą sytuację na murawie. Obok siedziała Tugba, a następnie Anka. Dwa rzędy dalej można było zobaczyć resztę partnerek piłkarzy. Ania nie kryła wzruszenia, że już ostatni raz może na tym stadionie obserwować swojego męża. Jej nastrój udzielił się mi i Tugbie, przez co obie siedziałyśmy trochę przybite, obserwując pojedynek z Bayerem Leverkusen. Mecz, prawdę mówiąc, był nudny. W ekipach obu zespołów widoczne było zmęczenie całym sezonem. Spotkanie zakończyło się remisem 1-1. Strzelcem bramki dla gospodarzy był Łukasz Piszczek.
- Szkoda, że Robert nie strzelił. - wzdychała Lewandowska po ostatnim gwizdku.
- Fajnie byłoby, gdyby w ten sposób pożegnał się z Dortmundem, ale jak nie tutaj to może w Berlinie, w finale pucharu? - pocieszała ją żona Sahina.
- Właśnie, nie ma co się załamywać, przed nami jeszcze jeden, bardzo ważny mecz. - powiedziałam i wstałam ze swojego miejsca. - Zbieramy się?
- Tak, chodźmy. - odpowiedziała Anna i ruszyłyśmy do wyjścia. W międzyczasie opowiedziałam dziewczynom o naszym gościu, czyli Luizie. Były nieco zszokowane, ale zarazem jej współczuły. Gdy o niej pomyślałam, zrobiło mi się głupio, że zostawiłam ją samą w domu. Oczywiście, od czasu, gdy wróciliśmy ze spaceru, zaszyła się w pokoju i nie chciała nigdzie wychodzić, mimo że proponowałam jej pójście na mecz. Nie powinnam była jej zostawiać, dlatego też pożegnałam się z dziewczynami i wróciłam do domu. Gdy byłam na miejscu, położyłam torbę w salonie i poszłam do dziewczyny. Leżała na łóżku, była odwrócona do mnie plecami.
- Luiza...- powiedziałam cicho, usłyszałam chlipnięcie. Podeszłam do niej i zauważyłam, że płacze.
- Daj spokój, nie próbuj mnie pocieszać, to nie ma sensu. - odparła, siadając na łóżku. Teraz patrzyłyśmy sobie prosto w oczy.
- Nie chcę cię pocieszać. Marco rozmawiał z twoją mamą. Niedługo ma się odezwać.
- Kiedy? Jak urodzę?! - zaczęła krzyczeć. - Jak odchowam dziecko, znajdę pracę i męża, wtedy się odezwie?!
- Lu, uspokój się. - powiedziałam cicho. - Ona zrozumiała swój błąd, musi sobie wszystko poukładać i przemyśleć.
- Powiedz mi jak ona mogła tak postąpić? Nienawidzę jej. - odburknęła.
- Wiem, że masz jej to za złe. Postąpiła fatalnie, ale to nadal twoja matka. Wszystko co ci wtedy powiedziała, było wynikiem jej flustracji i oburzenia. Swoją drogą, ty też nie jesteś bez winy.
- Doskonale o tym wiem i tego żałuję.- wysyczała. - Przynajmniej potrafię to powiedzieć i przyznać się do tego, ze jest mi wstyd. Na pewno nie mam tego po matce.
- Wkrótce wszystko wróci do normy, nie masz powodów by płakać.
- Nie mam powodów? Dziewczyno, czy ty słyszysz co mówisz?! Mam zmarnowane życie, ciąża w tym wieku to koniec, rozumiesz? Nie mam szkoły, rodziny, nie mam nic, a ty mi mówisz, że mam być szczęśliwa? Pewnie całe życie miałaś takie jak teraz - sami kochający ludzie, zero problemów, wszystko ułożone i zaplanowane. Jakim prawem w ogóle się wypowiadasz? - znów uniosła głos i naskoczyła na mnie.
- Chcę ci pomóc. Może gdybyś miała ciut lepszy charakter, ominęłabyś wiele swoich kłopotów. Nie uważasz, że może część z nich masz na własną prośbę? I uwierz mi, że za pare lat inaczej na to spojrzysz, ale na razie jesteś gówniarą bez uczuć. - chciałam już wyjść - Aha, jeszcze jedno - od zawsze miałam problemy, ma je każdy. Otaczałam się kochającymi ludźmi, bo potrafiłam ich odpowiednio wybierać i traktować. I nie stawiaj siebie na piedestale całego świata, bo wiele osób jest w gorszej sytuacji od ciebie. Lepiej zacznij doceniać to, co masz. - wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Nie ukrywam, że Luiza mnie zdenerwowała. Chciałam jej pomóc, a ona obrzuciła mnie błotem. Jakim prawem? Nic o mnie nie wie, nie może sądzić, że całe życie miałam lekko. Jednak, gdy przygotowując kolację usłyszałam jej płacz, uświadomiłam sobie, że przesadziłam. Po kilkunastu minutach wrócił Marco. Słysząc szloch Luizy, chciał do niej pójść, ale go zatrzymałam.
- Co się stało? - zapytał.
- Gdy wróciłam, płakała, potem zamieniłam z nią kilka zdań i jest jeszcze gorzej.
- Idę do niej. - zadecydował, nie czekając na moją reakcję.
Przygotowałam kolację i czekałam na blondyna. Wiedziałam, że na obecność Luizy nie ma co liczyć.
- Co ty jej powiedziałaś? - zapytał, gdy wrócił. - Jest naprawdę w złym stanie.
- Naskoczyła na mnie, żebym nie wypowiadała się w jej sprawie, bo pewnie całe życie miałam usłane różami. Odpowiedziałam jej tylko, aby zmieniła swój stosunek do ludzi, bo sama ściąga na siebie problemy. Nic więcej.
- Madzia... - westchnął. - Wiesz jak ona się teraz czuje, nie mogłaś sobie tego oszczędzić?
- Marco, rozumiem, ale nie pozwolę się obrażać. Nawet kobiecie w ciąży.
- Mam prośbę. W poniedziałek wylatujemy do Berlina, więc chciałbym, żebyś we wtorek przyleciała na mecz razem z Luizą. Mam nadzieję, że w naszej obecności ciotka przyjmie Lu.
- Okej, nie ma problemu. W poniedziałek zostanie sama, ponieważ ja wracam do pracy.
- Jesteś pewna? Wydaje mi się, że powinnaś jeszcze odpocząć. Te wszystkie wydarzenia z Marvinem... - pokręcił głową i mocno mnie przytulił. - A właśnie, co do niego... Założył sprawę przeciwko mnie.
- Jak to ? - nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że dał nam już spokój.
- Alan do mnie dzwonił. Za dwa tygodnie mam stawić się w sądzie, ty również, niedługo pewnie przyjdzie jakieś pismo. - na te słowa do moich oczy napłynęły łzy. - Nie martw się, razem przez to przejdziemy. Poza tym, mamy jednego z najlepszych adwokatów w Niemczech. - przytulił mnie jeszcze mocniej i pocałował w czoło.
________________________________________________________
Bardzo przepraszam za długą nieobecność.
Ostatnio mam też troszkę mniej motywacji do pisania, z powodu małej ilości komentarzy i wyświetleń, także jeżeli ktoś czyta to bardzo proszę, żeby zostawił po sobie ślad, chociażby najkrótszy. :)
- Szkoda, że Robert nie strzelił. - wzdychała Lewandowska po ostatnim gwizdku.
- Fajnie byłoby, gdyby w ten sposób pożegnał się z Dortmundem, ale jak nie tutaj to może w Berlinie, w finale pucharu? - pocieszała ją żona Sahina.
- Właśnie, nie ma co się załamywać, przed nami jeszcze jeden, bardzo ważny mecz. - powiedziałam i wstałam ze swojego miejsca. - Zbieramy się?
- Tak, chodźmy. - odpowiedziała Anna i ruszyłyśmy do wyjścia. W międzyczasie opowiedziałam dziewczynom o naszym gościu, czyli Luizie. Były nieco zszokowane, ale zarazem jej współczuły. Gdy o niej pomyślałam, zrobiło mi się głupio, że zostawiłam ją samą w domu. Oczywiście, od czasu, gdy wróciliśmy ze spaceru, zaszyła się w pokoju i nie chciała nigdzie wychodzić, mimo że proponowałam jej pójście na mecz. Nie powinnam była jej zostawiać, dlatego też pożegnałam się z dziewczynami i wróciłam do domu. Gdy byłam na miejscu, położyłam torbę w salonie i poszłam do dziewczyny. Leżała na łóżku, była odwrócona do mnie plecami.
- Luiza...- powiedziałam cicho, usłyszałam chlipnięcie. Podeszłam do niej i zauważyłam, że płacze.
- Daj spokój, nie próbuj mnie pocieszać, to nie ma sensu. - odparła, siadając na łóżku. Teraz patrzyłyśmy sobie prosto w oczy.
- Nie chcę cię pocieszać. Marco rozmawiał z twoją mamą. Niedługo ma się odezwać.
- Kiedy? Jak urodzę?! - zaczęła krzyczeć. - Jak odchowam dziecko, znajdę pracę i męża, wtedy się odezwie?!
- Lu, uspokój się. - powiedziałam cicho. - Ona zrozumiała swój błąd, musi sobie wszystko poukładać i przemyśleć.
- Powiedz mi jak ona mogła tak postąpić? Nienawidzę jej. - odburknęła.
- Wiem, że masz jej to za złe. Postąpiła fatalnie, ale to nadal twoja matka. Wszystko co ci wtedy powiedziała, było wynikiem jej flustracji i oburzenia. Swoją drogą, ty też nie jesteś bez winy.
- Doskonale o tym wiem i tego żałuję.- wysyczała. - Przynajmniej potrafię to powiedzieć i przyznać się do tego, ze jest mi wstyd. Na pewno nie mam tego po matce.
- Wkrótce wszystko wróci do normy, nie masz powodów by płakać.
- Nie mam powodów? Dziewczyno, czy ty słyszysz co mówisz?! Mam zmarnowane życie, ciąża w tym wieku to koniec, rozumiesz? Nie mam szkoły, rodziny, nie mam nic, a ty mi mówisz, że mam być szczęśliwa? Pewnie całe życie miałaś takie jak teraz - sami kochający ludzie, zero problemów, wszystko ułożone i zaplanowane. Jakim prawem w ogóle się wypowiadasz? - znów uniosła głos i naskoczyła na mnie.
- Chcę ci pomóc. Może gdybyś miała ciut lepszy charakter, ominęłabyś wiele swoich kłopotów. Nie uważasz, że może część z nich masz na własną prośbę? I uwierz mi, że za pare lat inaczej na to spojrzysz, ale na razie jesteś gówniarą bez uczuć. - chciałam już wyjść - Aha, jeszcze jedno - od zawsze miałam problemy, ma je każdy. Otaczałam się kochającymi ludźmi, bo potrafiłam ich odpowiednio wybierać i traktować. I nie stawiaj siebie na piedestale całego świata, bo wiele osób jest w gorszej sytuacji od ciebie. Lepiej zacznij doceniać to, co masz. - wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Nie ukrywam, że Luiza mnie zdenerwowała. Chciałam jej pomóc, a ona obrzuciła mnie błotem. Jakim prawem? Nic o mnie nie wie, nie może sądzić, że całe życie miałam lekko. Jednak, gdy przygotowując kolację usłyszałam jej płacz, uświadomiłam sobie, że przesadziłam. Po kilkunastu minutach wrócił Marco. Słysząc szloch Luizy, chciał do niej pójść, ale go zatrzymałam.
- Co się stało? - zapytał.
- Gdy wróciłam, płakała, potem zamieniłam z nią kilka zdań i jest jeszcze gorzej.
- Idę do niej. - zadecydował, nie czekając na moją reakcję.
Przygotowałam kolację i czekałam na blondyna. Wiedziałam, że na obecność Luizy nie ma co liczyć.
- Co ty jej powiedziałaś? - zapytał, gdy wrócił. - Jest naprawdę w złym stanie.
- Naskoczyła na mnie, żebym nie wypowiadała się w jej sprawie, bo pewnie całe życie miałam usłane różami. Odpowiedziałam jej tylko, aby zmieniła swój stosunek do ludzi, bo sama ściąga na siebie problemy. Nic więcej.
- Madzia... - westchnął. - Wiesz jak ona się teraz czuje, nie mogłaś sobie tego oszczędzić?
- Marco, rozumiem, ale nie pozwolę się obrażać. Nawet kobiecie w ciąży.
- Mam prośbę. W poniedziałek wylatujemy do Berlina, więc chciałbym, żebyś we wtorek przyleciała na mecz razem z Luizą. Mam nadzieję, że w naszej obecności ciotka przyjmie Lu.
- Okej, nie ma problemu. W poniedziałek zostanie sama, ponieważ ja wracam do pracy.
- Jesteś pewna? Wydaje mi się, że powinnaś jeszcze odpocząć. Te wszystkie wydarzenia z Marvinem... - pokręcił głową i mocno mnie przytulił. - A właśnie, co do niego... Założył sprawę przeciwko mnie.
- Jak to ? - nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że dał nam już spokój.
- Alan do mnie dzwonił. Za dwa tygodnie mam stawić się w sądzie, ty również, niedługo pewnie przyjdzie jakieś pismo. - na te słowa do moich oczy napłynęły łzy. - Nie martw się, razem przez to przejdziemy. Poza tym, mamy jednego z najlepszych adwokatów w Niemczech. - przytulił mnie jeszcze mocniej i pocałował w czoło.
________________________________________________________
Bardzo przepraszam za długą nieobecność.
Ostatnio mam też troszkę mniej motywacji do pisania, z powodu małej ilości komentarzy i wyświetleń, także jeżeli ktoś czyta to bardzo proszę, żeby zostawił po sobie ślad, chociażby najkrótszy. :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)