Wczesnym rankiem wszyscy wylądowaliśmy na lotnisku w Dortmundzie. Większość osób była niewyspana i nie wyglądała zbyt dobrze, co było skutkiem prawie nieprzespanej nocy. Ja również nie miałam dobrego humoru, ponieważ cały czas w głowie ,,siedział" mi wczorajszy telefon od Marvina.
- Madzia, przestań się tym już zamartwiać. To naprawdę nie ma sensu. - przytulił mnie Marco, gdy odebraliśmy walizki.
- Boję się, że on może popsuć ci karierę...Jest zdolny do wszystkiego. -odparłam.
- On nie może nic zrobić. Nawet nie wiadomo czy odbędzie się ta cała rozprawa przeciwko mnie, którą tak nam groził. - wsiedliśmy do taksówki i po kilkunastu minutach byliśmy już w domu piłkarza. - Jestem niesamowicie głodny. Może zrobimy jakieś porządne śniadanie?- zapytał, a ja zajrzałam do lodówki.
- Możemy zrobić jedynie tosty, twoja lodówka świeci pustkami. - zaśmiałam się, wyjmując ser.
- Zaraz,zaraz teraz to jest nasza lodówka! - powiedział z naciskiem na ,,nasza", a następnie pocałował mnie w policzek. - Chcę żebyś czuła się jak u siebie, to jest również twój dom. - nic nie odpowiedziałam.
Marco kroił pomidory, a ja wyjęłam z szafki tarkę. Gdy blondyn wykonał już swoje zadanie, usiadł przy stole, dokładnie mi się przyglądając. Wiedziałam, że koszulka, którą na sobie mam jest dosyć krótka i odsłania fragment mojego ciała. Po starciu sera celowo oblizuję palce i uzyskuję efekt, jakiego się spodziewałam. Reus podchodzi do mnie i całuje mnie w kark.
- Chcesz usłyszeć o czym myślę? - pyta cicho.
- Powiedz, choć i tak wiem.
- Pragnę cię. - obracam się, a on całuje mnie w usta. - Bardzo.
-Powiedzieć ci, czego ja chcę? - szepczę.
- Tak.
- Ciebie. - wyłączam piekarnik, zanim pójdziemy do sypialni.
Na pewien czas zapominam o Marvinie, ale potem, kiedy leżę obok Marco, uczucie przygnębienia dopada mnie na nowo. W pewnej chwili ogarnia mnie uczucie wszechmocy. W ułamku sekundy zmieniam swoje nastawienie. Stwierdzam, że się nie dam omamić, poniżyć i zastraszyć. Nie pozwolę, aby to jakiś chory psychicznie człowiek siedział mi cały czas w głowie. Przecież w tym miejscu powinien być mój Marco.
- Wiesz co? Masz rację, koniec z zamartwianiem się! - mówię pewnie do blondyna leżącego obok.
- Nic ci nie grozi. - muska palcem moją twarz. Potem przyciąga mnie jeszcze bliżej i całuje. W policzek. W brodę. W drugi policzek. A potem w usta. Robi to bardzo delikatnie.
- Muszę już wstać, dobrze byłoby, gdybym zajrzała do pracy. - mówię, powoli się ubierając.
- Przecież sezon się już skończył, masz wolne...Zostań jeszcze chwilę. - prosi.
- Właśnie, sezon się kończy i jest mnóstwo spraw do zamknięcia. Wszystko szybko załatwię i do ciebie wrócę. - całuję go przelotnie w policzek i idę do łazienki. Gdy z niej już wychodzę, Marco jest prawie ubrany.
- Ann do ciebie dzwoniła, odebrałem. Była jakaś dziwna, zaczęła mówić, że jedzie do Dortmundu i, że kogoś zniszczy... Jak się dowiedziała, że rozmawia ze mną to zaczęła się jąkać i wydusiła tylko tyle, żebyś do niej zadzwoniła. Nie wiesz o co chodzi? - spojrzał na mnie badawczo swoimi brązowymi oczami. Nie mogłam go okłamać. Nie potrafiłam.
- Ona ma pewien plan, ale nie mogę ci powiedzieć... To nic takiego, coś sobie umyśliła, z resztą wiesz jaka jest Ann.
- Ale jaki plan? Jak to ,,nic takiego" ? Przecież powiedziała, że chce kogoś... - przerwał w połowie zdania. - Chodzi o Alexandrę? - zapytał, a ja nic nie odpowiedziałam. - Co ona chce jej zrobić?
- Nic. Po prostu nie może darować jej tego, że poszła z Mario do łóżka. Przepraszam, ale muszę już iść. - powiedziałam i szybko wyszłam z domu.
Jadąc do klubu, zastanawiałam się czy Ann, wiedząc o tym co zrobiłam, już by mnie zabiła. Chociaż drugiej strony, nie powiedziałam Reusowi najważniejszej rzeczy, czyli sedna jej planu. Poza tym, jestem pewna, że zdeterminowanej Ann nic nie powstrzyma. Kiedy dojechałam na miejsce, od razu do niej zadzwoniłam.
- Nie możesz nosić telefonu przy sobie, tylko zostawiasz go, cholera wie gdzie? - ,,miło" mnie przywitała. - Prawie wygadałam się Reusowi!
- Nie przejmuj się, nic nie wie. - ups..., chyba troszkę ją okłamałam.
- Mam nadzieję. Wieczorem jestem umówiona na spotkanie z Dietrem Rehmannem. Pamiętasz kim on jest, prawda? - zapytała słodkim głosikiem.
- Tak, właściciel budynku, w którym znajduje się restauracja. - odpowiedziałam jednym tchem.
- Może masz ochotę pójść tam ze mną? Wiesz, co dwie urodziwe blondynki, to nie jedna...
- Nie mieszaj mnie w to. Nigdzie nie idę. Życzę ci powodzenia, a teraz muszę już kończyć, idę do pracy.
- Okej, jutro możemy się spotkać, zdam ci relację z dzisiaj.
- Dobra, do się zdzwonimy, pa. - powiedziałam i rozłączyłam się, wysiadając z samochodu.
Z pracy wróciłam dopiero wieczorem. Ze stertą papierów, cudem wysiadłam z samochodu. Ruszyłam do drzwi, ale nie byłam w stanie wygrzebać kluczy z dna torebki. Ramieniem udało mi się wcisnąć dzwonek. Po chwili drzwi się otworzyły.
- Cześ kochanie, co tak późno? - zapytał blondyn. - Co to? - wskazał na pokaźną kupę kartek na moich rękach.
- Nie pytaj tylko weź to ode mnie. - przekazałam mu dokumenty i rozsznurowałam buty. - Nadal uważasz, że mam wolne? - zaśmiałam się. - To wszystko muszę wypełnić do środy. Mam dwa dni.
- Pomógłbym ci, gdybym umiał, ale niestety... W zamian za to, mogę zrobić kolację, a ty sobie odpoczniesz, co ty na to?
- Super pomysł, ale wydaje mi się, że do wtorku nie będę miała chwili odpoczynku.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi.
-Otworzę. - zakomunikował blondyn i ruszył do drzwi. Po chwili w salonie pojawiła się kobieta w średnim wieku. - To moja mama. - powiedział Marco. Wstałam i podeszłam do niej, wyciągając rękę. Posłała mi szczery uśmiech. - A to jest Madzia, moja dziewczyna. - przedstawił mnie swojej matce.
- Marco dużo o tobie opowiadał. - odarła kobieta, a Marco śmiesznie wywrócił oczami.
- Może się czegoś napijesz, mamusiu? - zaproponował blondyn.
- Herbatki, kochanie. - odparła, a piłkarz ruszył do kuchni. Ja zaczęłam sprzątać wszystkie dokumenty, teczki i inne rzeczy, które leżały na stoliku.
- Przepraszam za bałagan, ale dopiero wróciłam z pracy i...
- Nie ma problemu, nie sprzątaj. - uśmiechnęła się, siadając obok mnie. - Cieszę się, że tutaj mieszkasz, Marco dzięki tobie bardzo dojrzał. Dawniej to wszystko wyglądało znacznie gorzej...- rozejrzała się po salonie.
- Nie przesadzaj, zawsze było czysto. - odparł blondyn, kładąc filiżankę na stoliku. - Po prostu, zawsze przychodziłaś w nieodpowiednim momencie.
Wieczór upłynął w bardzo miłej atmosferze, a mama Marco okazała się być niesamowicie przyjazną osobą. To bardzo ciepła, miła i sympatyczna osoba, zarażająca pozytywną energią. Piłkarz jest do niej bardzo podobny pod względem charakteru. Jest bardzo przywiązany do swojej rodziny i widać, że bardzo ją kocha. Siedząc w ich towarzystwie, przez chwilę zamarzyłam, aby być za kilka lat żoną Marco i otaczać się tak wspaniałymi ludźmi.
piątek, 20 czerwca 2014
środa, 4 czerwca 2014
39. ,,No, w końcu mówisz coś normalnego!"
Nadszedł dzień ostatniego meczu w tym sezonie, który miał odbyć się w Berlinie - Borussia Dortmund kontra Bayern Monachium. Wczesnym rankiem, razem z Luizą udałyśmy się na lotnisko. Dziewczyna była już w lepszym stanie, była nawet zadowolona, że wraca do domu, bowiem jej matka przemyślała sprawę i uświadomiła sobie, że popełniła wielki błąd. Oczywiście ich relacje na pewno nie będą kolorowe, ale najważniejsze, że sprawa osiągnęła porozumienie. Kiedy doleciałyśmy do stolicy Niemiec, Lu od razu wzięła taksówkę i pojechała do rodziców. Natomiast ja umówiłam się z Ann, że spotkamy się przy głównym wejściu, kwadrans przed meczem. Czekała na mnie w umówionym miejscu.
- Jak tam twój plan? - zapytałam, gdy kierowałyśmy się na trybuny.
- Bardzo dobrze. Swoją drogą, niedługo zawitam do Dortmundu. Wyprowadzam się z Monachium, nic mnie tam nie trzyma. Dostałam korzystną ofertę tutaj, w Berlinie.
- Szkoda. Miałam nadzieję, że się jakoś dogadacie z Mario... - westchnęłam.
- Chyba sobie żartujesz. Uważasz, że mogłabym mu to wybaczyć? Nie ma mowy.
- Co masz zamiar teraz zrobić z Alex? - zapytałam, siadając w wyznaczonym dla mnie miejscu.
- To, co ci wcześniej mówiłam. Znajdę sposób na tego faceta i odkupię restaurację. - odpowiedziała pewna siebie, a ja postanowiłam nie drążyć dalej tego tematu.
Mecz niestety nie skończył się dobrze dla piłkarzy Borussii. Przegrali 2-0, po dogrywce. Z boiska schodzili ze spuszczonymi głowami. Było mi szkoda w szczególności Marco, który bardzo chciał wygrać ten pojedynek. Dostrzegłam jego złość, a zarazem smutek. Kilka rzędów dalej odnalazłam Anię i Simmone. Pożegnałam się z Ann i ruszyłam w stronę dziewczyn. Razem miałyśmy się udać na imprezę z okazji zakończenia sezonu. W zespole z Dortmundu to podobno tradycja, że co roku, po ostatnim meczu, organizowane jest przyjęcie. Każda z nas miała zapisany adres hotelu, w którym miało się ono odbyć. Postanowiłyśmy, że nie będziemy czekać na resztę dziewczyn, więc złapałyśmy taksówkę i kazałyśmy się zawieźć w wyznaczone miejsce. Budynek prezentował się wyśmienicie, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Ogromna sala bankietowa i piękna fontanna po środku. W trójkę poszłyśmy się przebrać, wszystkie zostałyśmy poproszone o zabranie ze sobą strojów wieczorowych, co oznaczało, że każda partnerka ma mieć jakąś kieckę, aby nie paradować w koszulce meczowej na imprezie. Gdy wróciłyśmy na salę, przybyła już większość dziewczyn. Zasiadłyśmy przy stole i czekałyśmy na piłkarzy. Gdy ci się pojawili, włączono głośną muzykę. Marco podszedł do stołu i zajął miejsce obok mnie.
- Nie teraz, to za rok, nie martw się. - przytuliłam go do siebie.
- Mówię sobie to po każdym sezonie i jakoś nic z tego nie wychodzi. - odpowiedział. - Ale wiesz co? Teraz jest inaczej. Mam ciebie i wszystkie porażki przyjmuję z większym dystansem. Zacząłem dostrzegać, że istnieje życie poza piłką, dzięki tobie. Wiem, że teraz znacznie ważniejsze jest moje życie prywatne i to o nie powinienem się najbardziej troszczyć. - objął mnie i pocałował.
- No, w końcu mówisz coś normalnego! - zaśmiałam się. - Zapomnijmy o tym co? Teraz trzeba się bawić, za kilka dni masz zgrupowanie reprezentacji i nie będzie na to czasu.
- Ale potem jedziemy na jakieś długie, fajne wakacje. Oboje musimy od tego wszystkiego odpocząć. - powiedział, a ja od razu pomyślałam o Marvinie i o tym, że to nie koniec kłopotów. Nie znam go zbyt długo, ale jestem pewna, że zrobi wszystko, żeby mnie zniszczyć. Wiem, że ,,atakuje" Marco, ale tak naprawdę chce, żebym to ja cierpiała.
- Jasne. - uśmiechnęłam się. - Jednak najpierw Mundial, a dopiero potem wakacje.
Przyjęcie upłynęło w bardzo miłej atmosferze, jednak nie obyło się bez łez. Był to czas pożegnań, odszedł Robert, co Marco również bardzo przeżył. Wznieśliśmy za Lewandowskich kilka toastów i życzyliśmy im obojgu wielu sukcesów.
- Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł zobaczyć małego Lewego! - zaśmiał się Reus, gdy Robert z Anką do nas podeszli.
- Dobra, bądź cierpliwy, może za kilka lat... - odpowiedziała z uśmiechem brunetka.
- ,,Za kilka lat"? To ja będę już wtedy na emeryturze! - odparł blondyn.
- I dobrze, będziesz miał czas, żeby się nim zajmować, a ja będę wtedy grał w piłkę. Tylko będziesz musiał przeprowadzić się do Monachium. - odpowiedział Lewy.
- O nie, ja wtedy będę zajmował się swoimi dziećmi. - zaśmiał się Marco i puścił mi oczko. Wtedy zrozumiałam, że ma wobec mnie naprawdę poważne plany. Szeroko się uśmiechnęłam i pokiwałam głową.
- Tego wam życzę, Marco. - powiedziała Ania. - Madzia, mam nadzieję, że będziemy się spotykać na meczach naszej kochanej reprezentacji. - zwróciła się do mnie.
- Jeśli znajdę czas, to dlaczego nie... - odparłam.
Impreza trwała do późna. Wszyscy świetnie się bawili. Po drugiej w nocy, część osób zaczęła się rozchodzić do swoich pokojów w hotelu. Mieliśmy tam przenocować i następnego dnia razem wrócić do Dortmundu.
- Jestem już zmęczony, idziemy na górę? - zapytał Marco.
- Jasne. - złapałam go za rękę i ruszyliśmy do pokoju, który znajdował się piętro wyżej.
Gdy weszliśmy do środka, od razu rzuciło nam się w oczy ogromne łóżko. Obok niego stała mała szafka i stolik, na którym stał wazon z bukietem kwiatów. Zdjęłam szpilki i podeszłam do lustra. Poczułam jak blondyn mnie obejmuje, a następnie całuje po szyi. Prawą ręką ściągnął ramiączko mojej sukienki.
- Podobno byłeś zmęczony.- zaśmiałam się.
- Nie aż tak... - odpowiedział cicho.
Odwróciłam się i zaczęłam go całować. Moja sukienka leżała na podłodze. Skierowaliśmy się powoli w stronę łóżka, w międzyczasie wzajemnie pozbywając się garderoby. W pewnym momencie zadzwonił mój telefon.
- Proszę, nie odbieraj. - powiedział piłkarz, jednak ja pomyślałam, że może to być co ważnego. W końcu była prawie trzecia w nocy.
- Słucham? - odebrałam telefon.
- Celebruj dzisiejszy dzień. Być może w przyszłym sezonie twojego chłopca żaden klub nie będzie chciał... - usłyszałam szyderczy głos Marvina, a następnie sygnał.
- Madzia, spokojnie. - powiedział Marco, który słyszał głos w słuchawce. - On tylko próbuje cię zastraszyć, nic nie może nam zrobić.
- Nie mogę być spokojna, czy ty naprawdę nie rozumiesz co on mi zrobił?! - wybuchnęłam.
- Rozumiem, doskonale rozumiem, kochanie. - objął mnie ramieniem. - Ale obiecuję ci, że teraz jesteś bezpieczna.
- Marco, przepraszam, ale chyba położę się spać.
- Oczywiście, dobranoc. - odpowiedział i mocno mnie do siebie przytulił.
- Jak tam twój plan? - zapytałam, gdy kierowałyśmy się na trybuny.
- Bardzo dobrze. Swoją drogą, niedługo zawitam do Dortmundu. Wyprowadzam się z Monachium, nic mnie tam nie trzyma. Dostałam korzystną ofertę tutaj, w Berlinie.
- Szkoda. Miałam nadzieję, że się jakoś dogadacie z Mario... - westchnęłam.
- Chyba sobie żartujesz. Uważasz, że mogłabym mu to wybaczyć? Nie ma mowy.
- Co masz zamiar teraz zrobić z Alex? - zapytałam, siadając w wyznaczonym dla mnie miejscu.
- To, co ci wcześniej mówiłam. Znajdę sposób na tego faceta i odkupię restaurację. - odpowiedziała pewna siebie, a ja postanowiłam nie drążyć dalej tego tematu.
Mecz niestety nie skończył się dobrze dla piłkarzy Borussii. Przegrali 2-0, po dogrywce. Z boiska schodzili ze spuszczonymi głowami. Było mi szkoda w szczególności Marco, który bardzo chciał wygrać ten pojedynek. Dostrzegłam jego złość, a zarazem smutek. Kilka rzędów dalej odnalazłam Anię i Simmone. Pożegnałam się z Ann i ruszyłam w stronę dziewczyn. Razem miałyśmy się udać na imprezę z okazji zakończenia sezonu. W zespole z Dortmundu to podobno tradycja, że co roku, po ostatnim meczu, organizowane jest przyjęcie. Każda z nas miała zapisany adres hotelu, w którym miało się ono odbyć. Postanowiłyśmy, że nie będziemy czekać na resztę dziewczyn, więc złapałyśmy taksówkę i kazałyśmy się zawieźć w wyznaczone miejsce. Budynek prezentował się wyśmienicie, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Ogromna sala bankietowa i piękna fontanna po środku. W trójkę poszłyśmy się przebrać, wszystkie zostałyśmy poproszone o zabranie ze sobą strojów wieczorowych, co oznaczało, że każda partnerka ma mieć jakąś kieckę, aby nie paradować w koszulce meczowej na imprezie. Gdy wróciłyśmy na salę, przybyła już większość dziewczyn. Zasiadłyśmy przy stole i czekałyśmy na piłkarzy. Gdy ci się pojawili, włączono głośną muzykę. Marco podszedł do stołu i zajął miejsce obok mnie.
- Nie teraz, to za rok, nie martw się. - przytuliłam go do siebie.
- Mówię sobie to po każdym sezonie i jakoś nic z tego nie wychodzi. - odpowiedział. - Ale wiesz co? Teraz jest inaczej. Mam ciebie i wszystkie porażki przyjmuję z większym dystansem. Zacząłem dostrzegać, że istnieje życie poza piłką, dzięki tobie. Wiem, że teraz znacznie ważniejsze jest moje życie prywatne i to o nie powinienem się najbardziej troszczyć. - objął mnie i pocałował.
- No, w końcu mówisz coś normalnego! - zaśmiałam się. - Zapomnijmy o tym co? Teraz trzeba się bawić, za kilka dni masz zgrupowanie reprezentacji i nie będzie na to czasu.
- Ale potem jedziemy na jakieś długie, fajne wakacje. Oboje musimy od tego wszystkiego odpocząć. - powiedział, a ja od razu pomyślałam o Marvinie i o tym, że to nie koniec kłopotów. Nie znam go zbyt długo, ale jestem pewna, że zrobi wszystko, żeby mnie zniszczyć. Wiem, że ,,atakuje" Marco, ale tak naprawdę chce, żebym to ja cierpiała.
- Jasne. - uśmiechnęłam się. - Jednak najpierw Mundial, a dopiero potem wakacje.
Przyjęcie upłynęło w bardzo miłej atmosferze, jednak nie obyło się bez łez. Był to czas pożegnań, odszedł Robert, co Marco również bardzo przeżył. Wznieśliśmy za Lewandowskich kilka toastów i życzyliśmy im obojgu wielu sukcesów.
- Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł zobaczyć małego Lewego! - zaśmiał się Reus, gdy Robert z Anką do nas podeszli.
- Dobra, bądź cierpliwy, może za kilka lat... - odpowiedziała z uśmiechem brunetka.
- ,,Za kilka lat"? To ja będę już wtedy na emeryturze! - odparł blondyn.
- I dobrze, będziesz miał czas, żeby się nim zajmować, a ja będę wtedy grał w piłkę. Tylko będziesz musiał przeprowadzić się do Monachium. - odpowiedział Lewy.
- O nie, ja wtedy będę zajmował się swoimi dziećmi. - zaśmiał się Marco i puścił mi oczko. Wtedy zrozumiałam, że ma wobec mnie naprawdę poważne plany. Szeroko się uśmiechnęłam i pokiwałam głową.
- Tego wam życzę, Marco. - powiedziała Ania. - Madzia, mam nadzieję, że będziemy się spotykać na meczach naszej kochanej reprezentacji. - zwróciła się do mnie.
- Jeśli znajdę czas, to dlaczego nie... - odparłam.
Impreza trwała do późna. Wszyscy świetnie się bawili. Po drugiej w nocy, część osób zaczęła się rozchodzić do swoich pokojów w hotelu. Mieliśmy tam przenocować i następnego dnia razem wrócić do Dortmundu.
- Jestem już zmęczony, idziemy na górę? - zapytał Marco.
- Jasne. - złapałam go za rękę i ruszyliśmy do pokoju, który znajdował się piętro wyżej.
Gdy weszliśmy do środka, od razu rzuciło nam się w oczy ogromne łóżko. Obok niego stała mała szafka i stolik, na którym stał wazon z bukietem kwiatów. Zdjęłam szpilki i podeszłam do lustra. Poczułam jak blondyn mnie obejmuje, a następnie całuje po szyi. Prawą ręką ściągnął ramiączko mojej sukienki.
- Podobno byłeś zmęczony.- zaśmiałam się.
- Nie aż tak... - odpowiedział cicho.
Odwróciłam się i zaczęłam go całować. Moja sukienka leżała na podłodze. Skierowaliśmy się powoli w stronę łóżka, w międzyczasie wzajemnie pozbywając się garderoby. W pewnym momencie zadzwonił mój telefon.
- Proszę, nie odbieraj. - powiedział piłkarz, jednak ja pomyślałam, że może to być co ważnego. W końcu była prawie trzecia w nocy.
- Słucham? - odebrałam telefon.
- Celebruj dzisiejszy dzień. Być może w przyszłym sezonie twojego chłopca żaden klub nie będzie chciał... - usłyszałam szyderczy głos Marvina, a następnie sygnał.
- Madzia, spokojnie. - powiedział Marco, który słyszał głos w słuchawce. - On tylko próbuje cię zastraszyć, nic nie może nam zrobić.
- Nie mogę być spokojna, czy ty naprawdę nie rozumiesz co on mi zrobił?! - wybuchnęłam.
- Rozumiem, doskonale rozumiem, kochanie. - objął mnie ramieniem. - Ale obiecuję ci, że teraz jesteś bezpieczna.
- Marco, przepraszam, ale chyba położę się spać.
- Oczywiście, dobranoc. - odpowiedział i mocno mnie do siebie przytulił.
środa, 28 maja 2014
38. ,,Chcę ci pomóc."
W sklepie, miła pani ekspedientka, potwierdziła informacje o właścicielu budynku. Właścicielem jest Dietr Rehmann, jest dobrze ułożonym mężczyzną, przed czterdziestką. Wysłałam Ann krótkiego sms-a i wróciłam do domu. Przebrałam się i powtórnie wsiadłam w samochód, kierując się na ostatni mecz w tym sezonie na stadionie w Dortmundzie. Masa ludzi jechała w tym samym kierunku, miasto było bardzo zatłoczone, dlatego droga zajęła mi ponad pół godziny. Miejsce miałam w sektorze, z którego bez problemu można śledzić każdą sytuację na murawie. Obok siedziała Tugba, a następnie Anka. Dwa rzędy dalej można było zobaczyć resztę partnerek piłkarzy. Ania nie kryła wzruszenia, że już ostatni raz może na tym stadionie obserwować swojego męża. Jej nastrój udzielił się mi i Tugbie, przez co obie siedziałyśmy trochę przybite, obserwując pojedynek z Bayerem Leverkusen. Mecz, prawdę mówiąc, był nudny. W ekipach obu zespołów widoczne było zmęczenie całym sezonem. Spotkanie zakończyło się remisem 1-1. Strzelcem bramki dla gospodarzy był Łukasz Piszczek.
- Szkoda, że Robert nie strzelił. - wzdychała Lewandowska po ostatnim gwizdku.
- Fajnie byłoby, gdyby w ten sposób pożegnał się z Dortmundem, ale jak nie tutaj to może w Berlinie, w finale pucharu? - pocieszała ją żona Sahina.
- Właśnie, nie ma co się załamywać, przed nami jeszcze jeden, bardzo ważny mecz. - powiedziałam i wstałam ze swojego miejsca. - Zbieramy się?
- Tak, chodźmy. - odpowiedziała Anna i ruszyłyśmy do wyjścia. W międzyczasie opowiedziałam dziewczynom o naszym gościu, czyli Luizie. Były nieco zszokowane, ale zarazem jej współczuły. Gdy o niej pomyślałam, zrobiło mi się głupio, że zostawiłam ją samą w domu. Oczywiście, od czasu, gdy wróciliśmy ze spaceru, zaszyła się w pokoju i nie chciała nigdzie wychodzić, mimo że proponowałam jej pójście na mecz. Nie powinnam była jej zostawiać, dlatego też pożegnałam się z dziewczynami i wróciłam do domu. Gdy byłam na miejscu, położyłam torbę w salonie i poszłam do dziewczyny. Leżała na łóżku, była odwrócona do mnie plecami.
- Luiza...- powiedziałam cicho, usłyszałam chlipnięcie. Podeszłam do niej i zauważyłam, że płacze.
- Daj spokój, nie próbuj mnie pocieszać, to nie ma sensu. - odparła, siadając na łóżku. Teraz patrzyłyśmy sobie prosto w oczy.
- Nie chcę cię pocieszać. Marco rozmawiał z twoją mamą. Niedługo ma się odezwać.
- Kiedy? Jak urodzę?! - zaczęła krzyczeć. - Jak odchowam dziecko, znajdę pracę i męża, wtedy się odezwie?!
- Lu, uspokój się. - powiedziałam cicho. - Ona zrozumiała swój błąd, musi sobie wszystko poukładać i przemyśleć.
- Powiedz mi jak ona mogła tak postąpić? Nienawidzę jej. - odburknęła.
- Wiem, że masz jej to za złe. Postąpiła fatalnie, ale to nadal twoja matka. Wszystko co ci wtedy powiedziała, było wynikiem jej flustracji i oburzenia. Swoją drogą, ty też nie jesteś bez winy.
- Doskonale o tym wiem i tego żałuję.- wysyczała. - Przynajmniej potrafię to powiedzieć i przyznać się do tego, ze jest mi wstyd. Na pewno nie mam tego po matce.
- Wkrótce wszystko wróci do normy, nie masz powodów by płakać.
- Nie mam powodów? Dziewczyno, czy ty słyszysz co mówisz?! Mam zmarnowane życie, ciąża w tym wieku to koniec, rozumiesz? Nie mam szkoły, rodziny, nie mam nic, a ty mi mówisz, że mam być szczęśliwa? Pewnie całe życie miałaś takie jak teraz - sami kochający ludzie, zero problemów, wszystko ułożone i zaplanowane. Jakim prawem w ogóle się wypowiadasz? - znów uniosła głos i naskoczyła na mnie.
- Chcę ci pomóc. Może gdybyś miała ciut lepszy charakter, ominęłabyś wiele swoich kłopotów. Nie uważasz, że może część z nich masz na własną prośbę? I uwierz mi, że za pare lat inaczej na to spojrzysz, ale na razie jesteś gówniarą bez uczuć. - chciałam już wyjść - Aha, jeszcze jedno - od zawsze miałam problemy, ma je każdy. Otaczałam się kochającymi ludźmi, bo potrafiłam ich odpowiednio wybierać i traktować. I nie stawiaj siebie na piedestale całego świata, bo wiele osób jest w gorszej sytuacji od ciebie. Lepiej zacznij doceniać to, co masz. - wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Nie ukrywam, że Luiza mnie zdenerwowała. Chciałam jej pomóc, a ona obrzuciła mnie błotem. Jakim prawem? Nic o mnie nie wie, nie może sądzić, że całe życie miałam lekko. Jednak, gdy przygotowując kolację usłyszałam jej płacz, uświadomiłam sobie, że przesadziłam. Po kilkunastu minutach wrócił Marco. Słysząc szloch Luizy, chciał do niej pójść, ale go zatrzymałam.
- Co się stało? - zapytał.
- Gdy wróciłam, płakała, potem zamieniłam z nią kilka zdań i jest jeszcze gorzej.
- Idę do niej. - zadecydował, nie czekając na moją reakcję.
Przygotowałam kolację i czekałam na blondyna. Wiedziałam, że na obecność Luizy nie ma co liczyć.
- Co ty jej powiedziałaś? - zapytał, gdy wrócił. - Jest naprawdę w złym stanie.
- Naskoczyła na mnie, żebym nie wypowiadała się w jej sprawie, bo pewnie całe życie miałam usłane różami. Odpowiedziałam jej tylko, aby zmieniła swój stosunek do ludzi, bo sama ściąga na siebie problemy. Nic więcej.
- Madzia... - westchnął. - Wiesz jak ona się teraz czuje, nie mogłaś sobie tego oszczędzić?
- Marco, rozumiem, ale nie pozwolę się obrażać. Nawet kobiecie w ciąży.
- Mam prośbę. W poniedziałek wylatujemy do Berlina, więc chciałbym, żebyś we wtorek przyleciała na mecz razem z Luizą. Mam nadzieję, że w naszej obecności ciotka przyjmie Lu.
- Okej, nie ma problemu. W poniedziałek zostanie sama, ponieważ ja wracam do pracy.
- Jesteś pewna? Wydaje mi się, że powinnaś jeszcze odpocząć. Te wszystkie wydarzenia z Marvinem... - pokręcił głową i mocno mnie przytulił. - A właśnie, co do niego... Założył sprawę przeciwko mnie.
- Jak to ? - nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że dał nam już spokój.
- Alan do mnie dzwonił. Za dwa tygodnie mam stawić się w sądzie, ty również, niedługo pewnie przyjdzie jakieś pismo. - na te słowa do moich oczy napłynęły łzy. - Nie martw się, razem przez to przejdziemy. Poza tym, mamy jednego z najlepszych adwokatów w Niemczech. - przytulił mnie jeszcze mocniej i pocałował w czoło.
________________________________________________________
Bardzo przepraszam za długą nieobecność.
Ostatnio mam też troszkę mniej motywacji do pisania, z powodu małej ilości komentarzy i wyświetleń, także jeżeli ktoś czyta to bardzo proszę, żeby zostawił po sobie ślad, chociażby najkrótszy. :)
- Szkoda, że Robert nie strzelił. - wzdychała Lewandowska po ostatnim gwizdku.
- Fajnie byłoby, gdyby w ten sposób pożegnał się z Dortmundem, ale jak nie tutaj to może w Berlinie, w finale pucharu? - pocieszała ją żona Sahina.
- Właśnie, nie ma co się załamywać, przed nami jeszcze jeden, bardzo ważny mecz. - powiedziałam i wstałam ze swojego miejsca. - Zbieramy się?
- Tak, chodźmy. - odpowiedziała Anna i ruszyłyśmy do wyjścia. W międzyczasie opowiedziałam dziewczynom o naszym gościu, czyli Luizie. Były nieco zszokowane, ale zarazem jej współczuły. Gdy o niej pomyślałam, zrobiło mi się głupio, że zostawiłam ją samą w domu. Oczywiście, od czasu, gdy wróciliśmy ze spaceru, zaszyła się w pokoju i nie chciała nigdzie wychodzić, mimo że proponowałam jej pójście na mecz. Nie powinnam była jej zostawiać, dlatego też pożegnałam się z dziewczynami i wróciłam do domu. Gdy byłam na miejscu, położyłam torbę w salonie i poszłam do dziewczyny. Leżała na łóżku, była odwrócona do mnie plecami.
- Luiza...- powiedziałam cicho, usłyszałam chlipnięcie. Podeszłam do niej i zauważyłam, że płacze.
- Daj spokój, nie próbuj mnie pocieszać, to nie ma sensu. - odparła, siadając na łóżku. Teraz patrzyłyśmy sobie prosto w oczy.
- Nie chcę cię pocieszać. Marco rozmawiał z twoją mamą. Niedługo ma się odezwać.
- Kiedy? Jak urodzę?! - zaczęła krzyczeć. - Jak odchowam dziecko, znajdę pracę i męża, wtedy się odezwie?!
- Lu, uspokój się. - powiedziałam cicho. - Ona zrozumiała swój błąd, musi sobie wszystko poukładać i przemyśleć.
- Powiedz mi jak ona mogła tak postąpić? Nienawidzę jej. - odburknęła.
- Wiem, że masz jej to za złe. Postąpiła fatalnie, ale to nadal twoja matka. Wszystko co ci wtedy powiedziała, było wynikiem jej flustracji i oburzenia. Swoją drogą, ty też nie jesteś bez winy.
- Doskonale o tym wiem i tego żałuję.- wysyczała. - Przynajmniej potrafię to powiedzieć i przyznać się do tego, ze jest mi wstyd. Na pewno nie mam tego po matce.
- Wkrótce wszystko wróci do normy, nie masz powodów by płakać.
- Nie mam powodów? Dziewczyno, czy ty słyszysz co mówisz?! Mam zmarnowane życie, ciąża w tym wieku to koniec, rozumiesz? Nie mam szkoły, rodziny, nie mam nic, a ty mi mówisz, że mam być szczęśliwa? Pewnie całe życie miałaś takie jak teraz - sami kochający ludzie, zero problemów, wszystko ułożone i zaplanowane. Jakim prawem w ogóle się wypowiadasz? - znów uniosła głos i naskoczyła na mnie.
- Chcę ci pomóc. Może gdybyś miała ciut lepszy charakter, ominęłabyś wiele swoich kłopotów. Nie uważasz, że może część z nich masz na własną prośbę? I uwierz mi, że za pare lat inaczej na to spojrzysz, ale na razie jesteś gówniarą bez uczuć. - chciałam już wyjść - Aha, jeszcze jedno - od zawsze miałam problemy, ma je każdy. Otaczałam się kochającymi ludźmi, bo potrafiłam ich odpowiednio wybierać i traktować. I nie stawiaj siebie na piedestale całego świata, bo wiele osób jest w gorszej sytuacji od ciebie. Lepiej zacznij doceniać to, co masz. - wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Nie ukrywam, że Luiza mnie zdenerwowała. Chciałam jej pomóc, a ona obrzuciła mnie błotem. Jakim prawem? Nic o mnie nie wie, nie może sądzić, że całe życie miałam lekko. Jednak, gdy przygotowując kolację usłyszałam jej płacz, uświadomiłam sobie, że przesadziłam. Po kilkunastu minutach wrócił Marco. Słysząc szloch Luizy, chciał do niej pójść, ale go zatrzymałam.
- Co się stało? - zapytał.
- Gdy wróciłam, płakała, potem zamieniłam z nią kilka zdań i jest jeszcze gorzej.
- Idę do niej. - zadecydował, nie czekając na moją reakcję.
Przygotowałam kolację i czekałam na blondyna. Wiedziałam, że na obecność Luizy nie ma co liczyć.
- Co ty jej powiedziałaś? - zapytał, gdy wrócił. - Jest naprawdę w złym stanie.
- Naskoczyła na mnie, żebym nie wypowiadała się w jej sprawie, bo pewnie całe życie miałam usłane różami. Odpowiedziałam jej tylko, aby zmieniła swój stosunek do ludzi, bo sama ściąga na siebie problemy. Nic więcej.
- Madzia... - westchnął. - Wiesz jak ona się teraz czuje, nie mogłaś sobie tego oszczędzić?
- Marco, rozumiem, ale nie pozwolę się obrażać. Nawet kobiecie w ciąży.
- Mam prośbę. W poniedziałek wylatujemy do Berlina, więc chciałbym, żebyś we wtorek przyleciała na mecz razem z Luizą. Mam nadzieję, że w naszej obecności ciotka przyjmie Lu.
- Okej, nie ma problemu. W poniedziałek zostanie sama, ponieważ ja wracam do pracy.
- Jesteś pewna? Wydaje mi się, że powinnaś jeszcze odpocząć. Te wszystkie wydarzenia z Marvinem... - pokręcił głową i mocno mnie przytulił. - A właśnie, co do niego... Założył sprawę przeciwko mnie.
- Jak to ? - nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że dał nam już spokój.
- Alan do mnie dzwonił. Za dwa tygodnie mam stawić się w sądzie, ty również, niedługo pewnie przyjdzie jakieś pismo. - na te słowa do moich oczy napłynęły łzy. - Nie martw się, razem przez to przejdziemy. Poza tym, mamy jednego z najlepszych adwokatów w Niemczech. - przytulił mnie jeszcze mocniej i pocałował w czoło.
________________________________________________________
Bardzo przepraszam za długą nieobecność.
Ostatnio mam też troszkę mniej motywacji do pisania, z powodu małej ilości komentarzy i wyświetleń, także jeżeli ktoś czyta to bardzo proszę, żeby zostawił po sobie ślad, chociażby najkrótszy. :)
piątek, 16 maja 2014
37. ,,Wraca stara, apodyktyczna Ann. "
Weszłam do domu, a za mną blondynka z walizką. Była trochę mniej roztrzęsiona niż przed kilkoma minutami, przestała płakać. Kiedy ja zdejmowałam kurtkę, ona rozglądała się po mieszkaniu.
- Jesteś z Marco? - zapytała niespodziewanie.
- Tak. - odpowiedziałam krótko. - A ty...Kim jesteś? - nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ drzwi się otwarły i pojawił się Marco. Rzuciła mu się na szyję i ponownie się rozpłakała.
- Lu, co się stało? Skąd wzięłaś się w Dortmundzie? - pytał dziewczyny. Widać było, że łączą ich dobre kontakty. Stałam obok i przyglądałam się sytuacji.
- Rodzice mnie wyrzucili z domu. Marco... ja jestem w ciąży! - odparła, a mi do głowy przyszły najczarniejsze myśli.
- Jak to w ciąży?! - oburzył się blondyn. - Luiza ! - Pomyślałam, że to dziecko może być Marco. Ale, nie przecież to niemożliwe... Spojrzałam niepewnie na chłopaka, a on zrozumiał o czym myślę. Odszedł od Luizy i stanął koło mnie.
- Lu to moja kuzynka, nigdy ci o niej konkretnie nie wspominałem, ale pamiętasz jak mówiłem ci, że mam rodzinę w Berlinie?- pokiwałam głową i odetchnęłam z ulgą. - Nie rozumiem jak mogłaś być taka nieodpowiedzialna. Kto jest ojcem? - zwrócił się do kuzynki. W międzyczasie weszliśmy do salonu.
- Mój były chłopak. Wie o ciąży, powiedział, że będzie starał się mi pomóc. Tylko, że ja nie mam gdzie mieszkać. Cała rodzina w Berlinie się ode mnie odwróciła. Matka powiedziała, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego i wystawiła mi walizkę za drzwi. Jedynie ty przyszedłeś mi do głowy... Nie gniewaj się, proszę. Wiem, że robię ci ogromny problem - spojrzała na mnie - Ale musisz mi pomóc.
- Jasne, tylko jak sobie to wyobrażasz, przecież chodzisz do szkoły... Luiza, jest tylko jedno wyjście - musisz dogadać się z rodzicami. Przecież, gdy urodzisz, ktoś musi zająć się dzieckiem. Sorry, ale ja nie dam rady. - blado się uśmiechnął, a ja wyobraziłam sobie Reusa wśród pieluch.
- Rodzice nigdy mi tego nie wybaczą. Pomyślałam, że może załatwiłbyś mi jakąś pracę...? - spojrzała na niego pytająco.
- Uważasz, że ktoś przyjmie dziewczynę w ciąży ? - zapytałam.
- Na razie tego nie widać, zawsze coś zarobię...
- Chyba oszalałaś, nie ma mowy. Jeżeli chodzi o kasę to ja bez problemu mogę ci pomóc, ale ty musisz wrócić do Berlina i pogodzić się z rodzicami. - postanowił Marco.
- A może ty mógłbyś z nimi pogadać? Zawsze stawiali mi ciebie za wzór... Osiągnął sukces, nie odbiło mu, inteligentny, i tak dalej... - zaczęła wymieniać.
- Spróbuję, a na razie tutaj zostaniesz.
- Może zjemy jakiś obiad? - zaproponowałam i po chwili znaleźliśmy się w kuchni. Przygotowaliśmy szybkie danie, a po zjedzeniu poszliśmy oprowadzić Luizę po Dortmundzie.
Wieczorem Reus skontaktował się z rodziną Luizy. Oczywiście jej matka była rozgoryczona tym, co zrobiła córka, jednak rozmowa z Marco uświadomiła jej chyba, że musi pomóc Lu. Obiecała, że wkrótce się odezwie.
***
Następnego dnia wcześnie rano pojechałam do pracy. Była sobota, dzień meczu, więc liczyłam, że zastanę Tima. Chciałam już wrócić do zajęć. Czułam się dobrze, a siedzenie w domu tylko mnie męczyło. Czasami nawet wracałam do wydarzeń sprzed kilku tygodni.
- Dzień dobry, szefie. - uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam go przy sekretariacie.
- Magda? A co ty tutaj robisz, przecież masz jeszcze kilka dni wolnego...Cały przyszły tydzień o ile dobrze pamiętam.
- Tak, ale chciałabym już wrócić. Byłaby możliwość skrócenia mojego urlopu?
- Jasne, ale jesteś pewna? - zapytał.
- Tak.
- W takim razie możesz wrócić już w poniedziałek. Wybierasz się dzisiaj na mecz?
- Oczywiście.
- To do zobaczenia na stadionie. Mam nadzieję, że wygramy.
- Ja również. To do widzenia. - odparłam i wyszłam z budynku.
Wróciłam do domu. Marco wyjechał wcześnie rano, ze względu na dzisiejszy pojedynek z Bayerem. Usiadłam na tarasie i czytałam książkę, gdy zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz - Ann.
- No hej, długo się nie odzywałaś...Jak się trzymasz? - odebrałam.
- Jakoś leci. Mario mnie przeprosił, powiedział, że nic z tego nie będzie, ale pewnie o tym wiesz. Dzwonię, bo mam prośbę.
- Jaką? - zapytałam zdziwiona.
- Ty miałaś już przejścia z tą Alexandrą, prawda?
- Zależy o co ci chodzi... - odpowiedziałam wymijająco.
- O to, że dobierała się do Marco, nie udawaj, że nie pamiętasz. - odpowiedziała szorstko. Oho, wraca stara, apodyktyczna Ann.
- Pamiętam i co w związku z tym?
- To, że musisz mi pomóc. Nie mogę znieść tego, co mi zrobiła.A ty chyba też nie za bardzo ją lubisz... - nie mogłam zrozumieć, co ona chce zrobić.
- Ann, co ty kombinujesz? Chcesz się mścić? Daj spokój, co się stało to się nie odstanie. - próbowałam odwieść ją od tego pomysłu.
- Oj, od razu mścić. Chcę, żeby chociaż w malutkim stopniu zapłaciła za rozpad mojego związku.
- Przecież Mario i tak już cię nie kochał, prędzej czy później rozstalibyście się. - cisza w słuchawce. Zrozumiałam, że nie powinnam tego mówić. - Przepraszam, po prostu próbuję doszukać się jakichś pozytywnych stron tej sytuacji.
- To nie szukaj, bo ich nie ma. A ta małpa zapłaci za to co mi zrobiła. Posłuchaj mnie uważnie i odpowiadaj na moje pytania. - zarządziła, a ja tylko wywróciłam oczami. Dobrze, że mnie nie widzi. - Ta restauracja, w której była impreza jest jej prawda?
- Tak. - odpowiedziałam.
- Ale dowiedziałam się, że budynek, w którym ona się znajduje należy do niejakiego Dietra Rehmanna. Oznacza to, że Alexandra musi tylko wynajmować lokal... Twoje zadanie jest bardzo proste - sprawdzisz czy rzeczywiście ten cały Rehmann jest właścicielem.
-Okej, ale tylko jeżeli powiesz mi, po co ci te informacje. - postawiłam warunek.
- Jeżeli ta krowa nie jest właścicielką, to zrobię wszystko, aby kupić ten lokal od tego faceta. Wtedy całą restaurację szlag trafi, a Alex zostanie bezrobotna. - powiedziała lekkim tonem, widocznie z siebie zadowolona, a mnie zatkało.
- Ciekawie sobie to wymyśliłaś...Ale po co ci ten lokal? Kupisz go, Alexandra się wyniesie, a potem będziesz musiała coś z nim zrobić.
- O to się nie martw. Postaraj jak najszybciej sprawdzić do kogo należy budynek. Zatelefonuję w poniedziałek. Aha i jeszcze jedno - ani mi się waż powiedzieć komuś o moim planie! W szczególności Reusowi, zrozumiałaś? To będzie nasza mała, słodka zemsta za to, co chciała zrobić tobie i za to, co zrobiła mi. Owocnej pracy i do usłyszenia! Jeżeli będziesz wiedziała coś wcześniej to zadzwoń.
- Okej, do usłyszenia.
Wiedziałam, że Ann jest zdolna do takich rzeczy, ale nie przypuszczałam, że może być, aż tak podła.Jednak z drugiej strony trochę ją rozumiałam, przecież Alex zabrała jej faceta. Nie mogłam uwierzyć, że dałam się przekonać i wplątać w całą tę intrygę. Kusiło mnie jednak, żeby odegrać się za jej zaloty do Marco. Miałam jeszcze trochę czasu do meczu, więc odłożyłam książkę i zaczęłam zastanawiać się, jak sprawdzić kto jest właścicielem restauracji. Pomyślałam, że może Marco będzie coś wiedział, ale nie chciałam go pytać, bo mógłby się czegoś domyślić. Przypomniałam sobie, że koło restauracji znajduje się mały sklep spożywczy. Być może tam czegoś się dowiem?
- Jesteś z Marco? - zapytała niespodziewanie.
- Tak. - odpowiedziałam krótko. - A ty...Kim jesteś? - nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ drzwi się otwarły i pojawił się Marco. Rzuciła mu się na szyję i ponownie się rozpłakała.
- Lu, co się stało? Skąd wzięłaś się w Dortmundzie? - pytał dziewczyny. Widać było, że łączą ich dobre kontakty. Stałam obok i przyglądałam się sytuacji.
- Rodzice mnie wyrzucili z domu. Marco... ja jestem w ciąży! - odparła, a mi do głowy przyszły najczarniejsze myśli.
- Jak to w ciąży?! - oburzył się blondyn. - Luiza ! - Pomyślałam, że to dziecko może być Marco. Ale, nie przecież to niemożliwe... Spojrzałam niepewnie na chłopaka, a on zrozumiał o czym myślę. Odszedł od Luizy i stanął koło mnie.
- Lu to moja kuzynka, nigdy ci o niej konkretnie nie wspominałem, ale pamiętasz jak mówiłem ci, że mam rodzinę w Berlinie?- pokiwałam głową i odetchnęłam z ulgą. - Nie rozumiem jak mogłaś być taka nieodpowiedzialna. Kto jest ojcem? - zwrócił się do kuzynki. W międzyczasie weszliśmy do salonu.
- Mój były chłopak. Wie o ciąży, powiedział, że będzie starał się mi pomóc. Tylko, że ja nie mam gdzie mieszkać. Cała rodzina w Berlinie się ode mnie odwróciła. Matka powiedziała, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego i wystawiła mi walizkę za drzwi. Jedynie ty przyszedłeś mi do głowy... Nie gniewaj się, proszę. Wiem, że robię ci ogromny problem - spojrzała na mnie - Ale musisz mi pomóc.
- Jasne, tylko jak sobie to wyobrażasz, przecież chodzisz do szkoły... Luiza, jest tylko jedno wyjście - musisz dogadać się z rodzicami. Przecież, gdy urodzisz, ktoś musi zająć się dzieckiem. Sorry, ale ja nie dam rady. - blado się uśmiechnął, a ja wyobraziłam sobie Reusa wśród pieluch.
- Rodzice nigdy mi tego nie wybaczą. Pomyślałam, że może załatwiłbyś mi jakąś pracę...? - spojrzała na niego pytająco.
- Uważasz, że ktoś przyjmie dziewczynę w ciąży ? - zapytałam.
- Na razie tego nie widać, zawsze coś zarobię...
- Chyba oszalałaś, nie ma mowy. Jeżeli chodzi o kasę to ja bez problemu mogę ci pomóc, ale ty musisz wrócić do Berlina i pogodzić się z rodzicami. - postanowił Marco.
- A może ty mógłbyś z nimi pogadać? Zawsze stawiali mi ciebie za wzór... Osiągnął sukces, nie odbiło mu, inteligentny, i tak dalej... - zaczęła wymieniać.
- Spróbuję, a na razie tutaj zostaniesz.
- Może zjemy jakiś obiad? - zaproponowałam i po chwili znaleźliśmy się w kuchni. Przygotowaliśmy szybkie danie, a po zjedzeniu poszliśmy oprowadzić Luizę po Dortmundzie.
Wieczorem Reus skontaktował się z rodziną Luizy. Oczywiście jej matka była rozgoryczona tym, co zrobiła córka, jednak rozmowa z Marco uświadomiła jej chyba, że musi pomóc Lu. Obiecała, że wkrótce się odezwie.
***
Następnego dnia wcześnie rano pojechałam do pracy. Była sobota, dzień meczu, więc liczyłam, że zastanę Tima. Chciałam już wrócić do zajęć. Czułam się dobrze, a siedzenie w domu tylko mnie męczyło. Czasami nawet wracałam do wydarzeń sprzed kilku tygodni.
- Dzień dobry, szefie. - uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam go przy sekretariacie.
- Magda? A co ty tutaj robisz, przecież masz jeszcze kilka dni wolnego...Cały przyszły tydzień o ile dobrze pamiętam.
- Tak, ale chciałabym już wrócić. Byłaby możliwość skrócenia mojego urlopu?
- Jasne, ale jesteś pewna? - zapytał.
- Tak.
- W takim razie możesz wrócić już w poniedziałek. Wybierasz się dzisiaj na mecz?
- Oczywiście.
- To do zobaczenia na stadionie. Mam nadzieję, że wygramy.
- Ja również. To do widzenia. - odparłam i wyszłam z budynku.
Wróciłam do domu. Marco wyjechał wcześnie rano, ze względu na dzisiejszy pojedynek z Bayerem. Usiadłam na tarasie i czytałam książkę, gdy zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz - Ann.
- No hej, długo się nie odzywałaś...Jak się trzymasz? - odebrałam.
- Jakoś leci. Mario mnie przeprosił, powiedział, że nic z tego nie będzie, ale pewnie o tym wiesz. Dzwonię, bo mam prośbę.
- Jaką? - zapytałam zdziwiona.
- Ty miałaś już przejścia z tą Alexandrą, prawda?
- Zależy o co ci chodzi... - odpowiedziałam wymijająco.
- O to, że dobierała się do Marco, nie udawaj, że nie pamiętasz. - odpowiedziała szorstko. Oho, wraca stara, apodyktyczna Ann.
- Pamiętam i co w związku z tym?
- To, że musisz mi pomóc. Nie mogę znieść tego, co mi zrobiła.A ty chyba też nie za bardzo ją lubisz... - nie mogłam zrozumieć, co ona chce zrobić.
- Ann, co ty kombinujesz? Chcesz się mścić? Daj spokój, co się stało to się nie odstanie. - próbowałam odwieść ją od tego pomysłu.
- Oj, od razu mścić. Chcę, żeby chociaż w malutkim stopniu zapłaciła za rozpad mojego związku.
- Przecież Mario i tak już cię nie kochał, prędzej czy później rozstalibyście się. - cisza w słuchawce. Zrozumiałam, że nie powinnam tego mówić. - Przepraszam, po prostu próbuję doszukać się jakichś pozytywnych stron tej sytuacji.
- To nie szukaj, bo ich nie ma. A ta małpa zapłaci za to co mi zrobiła. Posłuchaj mnie uważnie i odpowiadaj na moje pytania. - zarządziła, a ja tylko wywróciłam oczami. Dobrze, że mnie nie widzi. - Ta restauracja, w której była impreza jest jej prawda?
- Tak. - odpowiedziałam.
- Ale dowiedziałam się, że budynek, w którym ona się znajduje należy do niejakiego Dietra Rehmanna. Oznacza to, że Alexandra musi tylko wynajmować lokal... Twoje zadanie jest bardzo proste - sprawdzisz czy rzeczywiście ten cały Rehmann jest właścicielem.
-Okej, ale tylko jeżeli powiesz mi, po co ci te informacje. - postawiłam warunek.
- Jeżeli ta krowa nie jest właścicielką, to zrobię wszystko, aby kupić ten lokal od tego faceta. Wtedy całą restaurację szlag trafi, a Alex zostanie bezrobotna. - powiedziała lekkim tonem, widocznie z siebie zadowolona, a mnie zatkało.
- Ciekawie sobie to wymyśliłaś...Ale po co ci ten lokal? Kupisz go, Alexandra się wyniesie, a potem będziesz musiała coś z nim zrobić.
- O to się nie martw. Postaraj jak najszybciej sprawdzić do kogo należy budynek. Zatelefonuję w poniedziałek. Aha i jeszcze jedno - ani mi się waż powiedzieć komuś o moim planie! W szczególności Reusowi, zrozumiałaś? To będzie nasza mała, słodka zemsta za to, co chciała zrobić tobie i za to, co zrobiła mi. Owocnej pracy i do usłyszenia! Jeżeli będziesz wiedziała coś wcześniej to zadzwoń.
- Okej, do usłyszenia.
Wiedziałam, że Ann jest zdolna do takich rzeczy, ale nie przypuszczałam, że może być, aż tak podła.Jednak z drugiej strony trochę ją rozumiałam, przecież Alex zabrała jej faceta. Nie mogłam uwierzyć, że dałam się przekonać i wplątać w całą tę intrygę. Kusiło mnie jednak, żeby odegrać się za jej zaloty do Marco. Miałam jeszcze trochę czasu do meczu, więc odłożyłam książkę i zaczęłam zastanawiać się, jak sprawdzić kto jest właścicielem restauracji. Pomyślałam, że może Marco będzie coś wiedział, ale nie chciałam go pytać, bo mógłby się czegoś domyślić. Przypomniałam sobie, że koło restauracji znajduje się mały sklep spożywczy. Być może tam czegoś się dowiem?
piątek, 9 maja 2014
36. ,,Sam naważyłeś piwa, to teraz je wypij."
Postanowiliśmy z Marco, że poczekamy na Goetzego, aby od razu wyjaśnić całą sytuację, ale niestety, nie zjawił się. Przyjechał taksówką dopiero rano, gdy jadłam z Reusem śniadanie.
- Cześć! Fajna ta impreza wczoraj była, co nie? -wpadł uśmiechnięty do kuchni. Nic nie odpowiedzieliśmy. - Ann śpi na górze? - zapytał. - Przyjechała wczoraj z wami, prawda?
- Nie, nie przyjechała z nami. - odpowiedziałam i upiłam łyk herbaty. - Nie ma jej tutaj.
- Nawet nie zauważyłeś jak wyszła... - powiedział Marco i spojrzał na niego surowo.
- Ale o co wam chodzi? Gdzie jest Ann? - pytał Mario.
- Nie udawaj, że cię to obchodzi. Jak mogłeś jej coś takiego zrobić?- podniósł głos blondyn. - Widziała cię z Alex. Wróciła do Monachium. - powiedział i wyszedł z kuchni, ale po chwili wrócił. - I kazała ci przekazać, że nie jesteście już razem.
Goetze nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić. Zaprzeczyć? Przecież Ann go widziała, to byłoby bez sensu. Miał tylko jedno wyjście - przyznać się i błagać ją o wybaczenie. Tylko z drugiej strony - czy na pewno chce do niej wracać? Przecież gdyby ją bezgranicznie kochał to nie poszedłby do łóżka z Alexandrą. Zdecydowanie musiał to sobie przemyśleć. Może dobrze się stało? Może w końcu uwolni się z tego toksycznego związku, w którym pełną i apodyktyczną władzę sprawuje kobieta? Oczywiście, wiedział, że bardzo ją zranił i nie powinien tego robić, ale ona również nie była bez winy. Gdyby zmieniła swoje postępowanie wobec ludzi, oni inaczej by ją postrzegali.
Mario usiadł przy stole i spuścił głowę. Przez chwilę było mi go nawet szkoda. Ale zaraz potem postawiłam siebie w sytuacji Ann. Nie wyobrażałam sobie, co bym zrobiła. Jednak miałam nadzieję, że Marco mi nigdy tak nie skrzywdzi.
- I co teraz? - zapytał cicho piłkarz Bayernu.
- To już twój problem. Sam naważyłeś piwa, to teraz je wypij. - odparłam.
- Jadę na trening. Pa! - do kuchni wpadł Marco z plecakiem, pocałował mnie i wyszedł, nie zwracając uwagi na przyjaciela. Na pewno ta sprawa wpłynie na ich relacje, ale jestem pewna, że nadal będą się przyjaźnić. Potrzebują tylko poważnej rozmowy w cztery oczy.
- Czuj się jak u siebie, ja spadam, bo umówiłam się z Anką na mieście. - powiedziałam i odeszłam od stołu.
- Zaczekaj. - powiedział cicho, a ja spojrzałam na niego pytająco. - Myślisz, że Marco ma mnie teraz za kompletnego dupka?
- A jak uważasz? - zapytałam retorycznie. - Zrobiłeś takie świństwo...Nikt by się po tobie tego nie spodziewał, a na pewno nie twój najlepszy przyjaciel.
- Chyba najlepiej będzie jeśli stąd teraz wyjadę. Pójdę po rzeczy i ruszam w drogę. - skierował się na górę. - Mam jeszcze jeden problem. - zatrzymał się i spojrzał na mnie. - Chodzi o Ann. Zdałem sobie sprawę, że chyba już jej nie kocham. Gdyby było inaczej to na pewno nie zdradziłbym jej. Tak czy inaczej bardzo tego żałuję. - westchnął.
- Mimo tego, powinieneś ją przeprosić. To, że jej nie kochasz, nie znaczy, że możesz ją ranić. - powiedziałam, a piłkarz pokiwał głową i poszedł po walizkę. Po kilkunastu minutach zszedł z bagażem, a ja w tym czasie uszykowałam się do wyjścia. Razem opuściliśmy mieszkanie.
- Poczekasz ze mną na taksówkę? - poprosił.
- Okej. - zgodziłam się i zapanowała między nami cisza.
- Marco ma wielkie szczęście, że cię poznał. Jesteś naprawdę świetną dziewczyną. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy. Do zobaczenia! - powiedział i wsiadł do samochodu, który właśnie podjechał.
- Cześć! - pomachałam mu, popatrzyłam jak odjeżdża i ruszyłam przed siebie.
***
Wracałam ze spotkania z Anią trochę przygnębiona. Bardzo się do niej przywiązałam przez te kilka miesięcy, a teraz ona opuszcza Dortmund. Miałam z nią przyjacielskie kontakty, była mi najbliższą osobą, oczywiście poza Marco, w obcym mieście. Za dwa tygodnie definitywnie wyjeżdża.
Zastanawiałam się czy blondyn wrócił już z treningu, gdy koło jego posesji zauważyłam siedzącą na chodniku blondynkę. Obok niej stała duża walizka. Z profilu przypominała Alexandrę, ale kiedy się zbliżyłam, dostrzegłam, że dziewczyna jest od niej dużo młodsza, na oko miała osiemnaście lat. Otworzyłam furtkę, a ona podniosła głowę. Dopiero teraz dostrzegłam, że jest cała zapłakana.
- Przepraszam, czy tu mieszka Marco? - zapytała słabym głosem.
- O co chodzi? - odparłam. Nie wiedziałam kim ona jest, dlatego nie chciałam nic mówić.
- Marco mnie zna, potrzebuję pomocy, nazywam się Luiza. - podawała kolejno informacje.
- Przepraszam, ale nie wiem czy mogę wpuścić cię do środka. Pozwól, że zadzwonię. - wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Reusa. Odeszłam na kilka kroków, aby móc swobodnie rozmawiać. Modliłam się w duchu, żeby odebrał, bo nie chciałam zostawić dziewczyny na ulicy. Po kilku sygnałach odezwał się.
- Marco, przed domem stoi jakaś dziewczyna, mówi, że ją znasz, nazywa się Luiza. Wysoka blondynka. Mam ją wpuścić do domu?
- Luiza? Ale skąd ona wzięła się w Dortmundzie? - pytał retorycznie.- Jasne, wpuść ją, ja będę za kilkanaście minut, muszę tylko coś załatwić. - powiedział i rozłączył się.
Zastanawiałam się, kim jest ta dziewczyna i skąd zna Reusa, ale była w takim stanie, że wolałam nie pytać. Miałam tylko nadzieję, że nie przyniesie nam żadnych problemów.
- Cześć! Fajna ta impreza wczoraj była, co nie? -wpadł uśmiechnięty do kuchni. Nic nie odpowiedzieliśmy. - Ann śpi na górze? - zapytał. - Przyjechała wczoraj z wami, prawda?
- Nie, nie przyjechała z nami. - odpowiedziałam i upiłam łyk herbaty. - Nie ma jej tutaj.
- Nawet nie zauważyłeś jak wyszła... - powiedział Marco i spojrzał na niego surowo.
- Ale o co wam chodzi? Gdzie jest Ann? - pytał Mario.
- Nie udawaj, że cię to obchodzi. Jak mogłeś jej coś takiego zrobić?- podniósł głos blondyn. - Widziała cię z Alex. Wróciła do Monachium. - powiedział i wyszedł z kuchni, ale po chwili wrócił. - I kazała ci przekazać, że nie jesteście już razem.
Goetze nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić. Zaprzeczyć? Przecież Ann go widziała, to byłoby bez sensu. Miał tylko jedno wyjście - przyznać się i błagać ją o wybaczenie. Tylko z drugiej strony - czy na pewno chce do niej wracać? Przecież gdyby ją bezgranicznie kochał to nie poszedłby do łóżka z Alexandrą. Zdecydowanie musiał to sobie przemyśleć. Może dobrze się stało? Może w końcu uwolni się z tego toksycznego związku, w którym pełną i apodyktyczną władzę sprawuje kobieta? Oczywiście, wiedział, że bardzo ją zranił i nie powinien tego robić, ale ona również nie była bez winy. Gdyby zmieniła swoje postępowanie wobec ludzi, oni inaczej by ją postrzegali.
Mario usiadł przy stole i spuścił głowę. Przez chwilę było mi go nawet szkoda. Ale zaraz potem postawiłam siebie w sytuacji Ann. Nie wyobrażałam sobie, co bym zrobiła. Jednak miałam nadzieję, że Marco mi nigdy tak nie skrzywdzi.
- I co teraz? - zapytał cicho piłkarz Bayernu.
- To już twój problem. Sam naważyłeś piwa, to teraz je wypij. - odparłam.
- Jadę na trening. Pa! - do kuchni wpadł Marco z plecakiem, pocałował mnie i wyszedł, nie zwracając uwagi na przyjaciela. Na pewno ta sprawa wpłynie na ich relacje, ale jestem pewna, że nadal będą się przyjaźnić. Potrzebują tylko poważnej rozmowy w cztery oczy.
- Czuj się jak u siebie, ja spadam, bo umówiłam się z Anką na mieście. - powiedziałam i odeszłam od stołu.
- Zaczekaj. - powiedział cicho, a ja spojrzałam na niego pytająco. - Myślisz, że Marco ma mnie teraz za kompletnego dupka?
- A jak uważasz? - zapytałam retorycznie. - Zrobiłeś takie świństwo...Nikt by się po tobie tego nie spodziewał, a na pewno nie twój najlepszy przyjaciel.
- Chyba najlepiej będzie jeśli stąd teraz wyjadę. Pójdę po rzeczy i ruszam w drogę. - skierował się na górę. - Mam jeszcze jeden problem. - zatrzymał się i spojrzał na mnie. - Chodzi o Ann. Zdałem sobie sprawę, że chyba już jej nie kocham. Gdyby było inaczej to na pewno nie zdradziłbym jej. Tak czy inaczej bardzo tego żałuję. - westchnął.
- Mimo tego, powinieneś ją przeprosić. To, że jej nie kochasz, nie znaczy, że możesz ją ranić. - powiedziałam, a piłkarz pokiwał głową i poszedł po walizkę. Po kilkunastu minutach zszedł z bagażem, a ja w tym czasie uszykowałam się do wyjścia. Razem opuściliśmy mieszkanie.
- Poczekasz ze mną na taksówkę? - poprosił.
- Okej. - zgodziłam się i zapanowała między nami cisza.
- Marco ma wielkie szczęście, że cię poznał. Jesteś naprawdę świetną dziewczyną. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy. Do zobaczenia! - powiedział i wsiadł do samochodu, który właśnie podjechał.
- Cześć! - pomachałam mu, popatrzyłam jak odjeżdża i ruszyłam przed siebie.
***
Wracałam ze spotkania z Anią trochę przygnębiona. Bardzo się do niej przywiązałam przez te kilka miesięcy, a teraz ona opuszcza Dortmund. Miałam z nią przyjacielskie kontakty, była mi najbliższą osobą, oczywiście poza Marco, w obcym mieście. Za dwa tygodnie definitywnie wyjeżdża.
Zastanawiałam się czy blondyn wrócił już z treningu, gdy koło jego posesji zauważyłam siedzącą na chodniku blondynkę. Obok niej stała duża walizka. Z profilu przypominała Alexandrę, ale kiedy się zbliżyłam, dostrzegłam, że dziewczyna jest od niej dużo młodsza, na oko miała osiemnaście lat. Otworzyłam furtkę, a ona podniosła głowę. Dopiero teraz dostrzegłam, że jest cała zapłakana.
- Przepraszam, czy tu mieszka Marco? - zapytała słabym głosem.
- O co chodzi? - odparłam. Nie wiedziałam kim ona jest, dlatego nie chciałam nic mówić.
- Marco mnie zna, potrzebuję pomocy, nazywam się Luiza. - podawała kolejno informacje.
- Przepraszam, ale nie wiem czy mogę wpuścić cię do środka. Pozwól, że zadzwonię. - wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Reusa. Odeszłam na kilka kroków, aby móc swobodnie rozmawiać. Modliłam się w duchu, żeby odebrał, bo nie chciałam zostawić dziewczyny na ulicy. Po kilku sygnałach odezwał się.
- Marco, przed domem stoi jakaś dziewczyna, mówi, że ją znasz, nazywa się Luiza. Wysoka blondynka. Mam ją wpuścić do domu?
- Luiza? Ale skąd ona wzięła się w Dortmundzie? - pytał retorycznie.- Jasne, wpuść ją, ja będę za kilkanaście minut, muszę tylko coś załatwić. - powiedział i rozłączył się.
Zastanawiałam się, kim jest ta dziewczyna i skąd zna Reusa, ale była w takim stanie, że wolałam nie pytać. Miałam tylko nadzieję, że nie przyniesie nam żadnych problemów.
piątek, 25 kwietnia 2014
35. ,,Nie mam zamiaru tam iść."
Siedzieliśmy w domu i czekaliśmy na Marco, który był jeszcze na treningu. Ann malowała paznokcie, Mario przerzucał kanały w telewizorze, a ja czytałam gazetę. W pewnej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Reus. Rzucił torbę i przywitał się ze wszystkimi, a następnie usiadł obok i mnie pocałował.
- A tak w ogóle, to gdzie jest ta impreza? - zapytałam.
- Nie wiem, Marcel zaraz powinien wysłać mi sms'a.
- To ja pójdę się ubrać. - powiedziałam i opuściłam salon. Poszłam do garderoby i otworzyłam szafę. Zdecydowałam się na bordową sukienkę i czarne szpilki. Włosy lekko pokręciłam i postanowiłam zrobić lekki makijaż. Kiedy malowałam oczy, w lusterku ujrzałam Marco, opierającego się o futrynę, z lekkim uśmiechem na twarzy. Miał na sobie białą koszulę, czarną marynarkę i spodnie oraz białe, sportowe buty. Obróciłam się i spojrzałam na niego pytająco.
- Ślicznie wyglądasz. - powiedział, podchodząc bliżej. - Nie masz pojęcia jak się cieszę, że jesteśmy razem.
- Też się cieszę. Mam nadzieję, że tak będzie zawsze... - powiedziałam i schowałam wszystkie kosmetyki. Złapałam blondyna za rękę i zeszliśmy na dół, do naszych gości.
- Jesteście gotowi? - zapytałam.
-Oczywiście, możemy jechać.- odparł Mario. - Tylko niebardzo wiemy dokąd...- zaśmiał się.
- Wiemy, Marcel wysłał mi adres - Am Gulloh 23. Jedziemy! - powiedział Marco, a ja od razu skojarzyłam tę ulicę i numer. Wydawało mi się, że już tam byłam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co się tam znajduje. Usiedliśmy do czarnego Aston Martina i ruszyliśmy. Reus zachowywał się dość dziwnie, był jakiś zaniepokojony, zdekoncentrowany.
- Coś się stało? - zapytałam.
- Nie, nic . - odpowiedział, uśmiechając się, więc postanowiłam nie drążyć tematu i zaczęłam gorączkowo myśleć nad tym adresem. Jechaliśmy kilkanaście minut, Dortmund był bardzo zakorkowany. Kiedy byliśmy na miejscu, od razu wszystko sobie przypomniałam. Otóż, przy Am Gulloh 23 znajdowała się restauracja... Alexandry. Ann i Mario wysiedli z samochodu, a ja siedziałam i nie miałam zamiaru się ruszać. Marco rzucił mi przepraszające spojrzenie.
- Przysięgam, że nie miałem z tym nic wspólnego. Alex pewnie zaproponowała Marcelowi, że zorganizuje tę imprezę...
- Nie mam zamiaru tam iść. - odburknęłam.
-Oj Madzia, daj spokój, będziemy się trzymać od niej z daleka. - prosił mnie.
- Idziecie?! - zapukał w szybę Goetze. Westchnęłam i wyszłam z samochodu.
Weszliśmy do lokalu, szukając jubilatki. Było już kilka osób, większości nie kojarzyłam, znałam jedynie kilku innych kolegów Marco. Marcel przywitał się z chłopakami i całą czwórką poszliśmy złożyć życzenia i wręczyć prezent Indze. Okazała się ona być bardzo sympatyczną i towarzyską dziewczyną. Gdy zebrali się już wszyscy goście, wznieśliśmy toast. W tłumie dostrzegłam Alexandrę. Kilka minut później, pojawiła się obok mnie i Marco.
- Co słychać? - zapytała z szerokim, sztucznym uśmiechem.
- W porządku. A co u ciebie? - odparł Reus. Ja nawet nie miałam zamiaru na nią patrzeć.
- Jak widzisz, interes się kręci, więc nie mogę narzekać. Dawno cię tu nie widziałam, mógłbyś częściej wpadać. - zwróciła się do Marco.
- Wiesz, jakoś nie widzę takiej potrzeby.
- Okej,okej, wiem, że jesteś zajęty...A tak z innej beczki, ten twój przyjaciel, Mario, to on tutaj na dłużej przyjechał ? - dopytywała.
- Ma dziewczynę, więc odpuść. - powiedziałam.
- Nie pytam czy jest zajęty, tylko czy na długo przyjechał. - wysyczała.
- Może najlepiej będzie jak zapytasz się go sama ? - zaproponował blondyn.
- Okej. - uśmiechnęła się i odeszła, a ja głośno westchnęłam.
Impreza rozkręciła się na dobre, wszyscy tańczyli i nie szczędzili sobie alkoholu. Oczywiście mój chłopak, jako kierowca, nie pił. Po północy postanowiliśmy z Marco, że wrócimy do domu. Reus miał jutro trening, więc nie mógł zarywać nocy. Wysłał sms'a do Mario, że wychodzimy. Wcześniej umówiliśmy się, że razem z Ann wrócą taksówką. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Wzięłam prysznic, a Marco przeglądał jeszcze coś na internecie. Chciałam zapytać się co robi,ale uprzedził mnie hałas otwieranych drzwi. Do salonu wbiegła Ann. Zdziwiło mnie to, że nie ma Goetzego, a do tego jest cała zapłakana.
- A gdzie Mario? Co się stało ? - zapytałam, a ona rzuciła mi się na szyję i wybuchnęła płaczem. Rzuciłam Marco pytające spojrzenie.
- Ann, dlaczego przyjechałaś sama? Gdzie Goetze? - spytał.
- Gdzie?! Zapytaj swojej Alexandry! - wykrzyczała. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
- Usiądź, uspokój się i wszystko nam opowiedz. - zarządziłam i posadziłam ją na kanapie.
- Poszłam do baru po jakiegoś drinka. Kiedy wróciłam na parkiet, Mario nie było. - przerwała i wytarła łzy. - Pomyślałam, że poszedł się przewietrzyć, więc poszłam go poszukać na dworze, ale tam też go nie znalazłam. Wróciłam do restauracji i uznałam, że pewnie zaraz przyjdzie, ale minęło kilkanaście minut, a jego nie było. Wpadłam na pomysł, aby przejść się na górę...Chyba domyślacie się co tam zastałam... - urwała i zaczęła znowu płakać.
- Ale, że Mario i Alex? Niemożliwe! - Marco kręcił głową.
- Nie wierzysz mi? Widziałam ich na własne oczy w łóżku!! - odkrzyknęła.
- A on wie, że ich widziałaś? - zapytałam.
- Pff, było im tak dobrze, że nie chciałam przerywać. - prychnęła. - Wybiegłam, zamówiłam taxi i od razu tu przyjechałam. A teraz pójdę się spakować i zaraz mnie nie ma.
- Chyba sobie żartujesz! Gdzie ty chcesz o tej porze jechać, przecież jest środek nocy, powinnaś się położyć i ochłonąć. - protestował piłkarz.
- Nie Marco, chcę wyjść zanim on tu wróci, nie mogę na niego patrzeć. Poradzę sobie, za godzinę jest pociąg do Monachium.
- Ann, jesteś pewna, że to był on? Może go z kimś pomyliłaś... - próbowałam szukać wytłumaczenia całej tej sytuacji.
- Daj spokój, nie próbuj go bronić, jestem pewna. - odparła i poszła do góry, aby się spakować.
- Jeśli to zrobił, to niezły z niego sukinsyn... - powiedział Marco.
- Ciekawa jestem, co on na to wszystko powie...Mam nadzieję, że to jedno wielkie nieporozumienie. Alexandra od początku coś knuła, przecież pytała się o niego. Wredna małpa.
- Okej, ale Mario mógł ją olać, a nie iść z nią do łóżka.
Po kilkunastu minutach na dole pojawiła się Ann ze swoją walizką.
- Dzięki za gościnę, powiedzcie temu... - do oczu napłynęły jej łzy. - Powiedzcie Mario, że to koniec, że nie chcę go znać. Cześć.
Impreza rozkręciła się na dobre, wszyscy tańczyli i nie szczędzili sobie alkoholu. Oczywiście mój chłopak, jako kierowca, nie pił. Po północy postanowiliśmy z Marco, że wrócimy do domu. Reus miał jutro trening, więc nie mógł zarywać nocy. Wysłał sms'a do Mario, że wychodzimy. Wcześniej umówiliśmy się, że razem z Ann wrócą taksówką. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Wzięłam prysznic, a Marco przeglądał jeszcze coś na internecie. Chciałam zapytać się co robi,ale uprzedził mnie hałas otwieranych drzwi. Do salonu wbiegła Ann. Zdziwiło mnie to, że nie ma Goetzego, a do tego jest cała zapłakana.
- A gdzie Mario? Co się stało ? - zapytałam, a ona rzuciła mi się na szyję i wybuchnęła płaczem. Rzuciłam Marco pytające spojrzenie.
- Ann, dlaczego przyjechałaś sama? Gdzie Goetze? - spytał.
- Gdzie?! Zapytaj swojej Alexandry! - wykrzyczała. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
- Usiądź, uspokój się i wszystko nam opowiedz. - zarządziłam i posadziłam ją na kanapie.
- Poszłam do baru po jakiegoś drinka. Kiedy wróciłam na parkiet, Mario nie było. - przerwała i wytarła łzy. - Pomyślałam, że poszedł się przewietrzyć, więc poszłam go poszukać na dworze, ale tam też go nie znalazłam. Wróciłam do restauracji i uznałam, że pewnie zaraz przyjdzie, ale minęło kilkanaście minut, a jego nie było. Wpadłam na pomysł, aby przejść się na górę...Chyba domyślacie się co tam zastałam... - urwała i zaczęła znowu płakać.
- Ale, że Mario i Alex? Niemożliwe! - Marco kręcił głową.
- Nie wierzysz mi? Widziałam ich na własne oczy w łóżku!! - odkrzyknęła.
- A on wie, że ich widziałaś? - zapytałam.
- Pff, było im tak dobrze, że nie chciałam przerywać. - prychnęła. - Wybiegłam, zamówiłam taxi i od razu tu przyjechałam. A teraz pójdę się spakować i zaraz mnie nie ma.
- Chyba sobie żartujesz! Gdzie ty chcesz o tej porze jechać, przecież jest środek nocy, powinnaś się położyć i ochłonąć. - protestował piłkarz.
- Nie Marco, chcę wyjść zanim on tu wróci, nie mogę na niego patrzeć. Poradzę sobie, za godzinę jest pociąg do Monachium.
- Ann, jesteś pewna, że to był on? Może go z kimś pomyliłaś... - próbowałam szukać wytłumaczenia całej tej sytuacji.
- Daj spokój, nie próbuj go bronić, jestem pewna. - odparła i poszła do góry, aby się spakować.
- Jeśli to zrobił, to niezły z niego sukinsyn... - powiedział Marco.
- Ciekawa jestem, co on na to wszystko powie...Mam nadzieję, że to jedno wielkie nieporozumienie. Alexandra od początku coś knuła, przecież pytała się o niego. Wredna małpa.
- Okej, ale Mario mógł ją olać, a nie iść z nią do łóżka.
Po kilkunastu minutach na dole pojawiła się Ann ze swoją walizką.
- Dzięki za gościnę, powiedzcie temu... - do oczu napłynęły jej łzy. - Powiedzcie Mario, że to koniec, że nie chcę go znać. Cześć.
- Może chociaż odwiozę cię na dworzec? - zaproponował Reus.
- Nie, chcę być sama. Do zobaczenia. - pożegnała się i wyszła.
- Nie, chcę być sama. Do zobaczenia. - pożegnała się i wyszła.
sobota, 19 kwietnia 2014
34. ,, Zaraz coś wymyślę..."
Następnego dnia, razem z Marco wstaliśmy wcześniej, aby przygotować śniadanie dla naszych gości, a w zasadzie tylko dla Mario, bo Ann i tak prawie nic nie jadła. Gdy robiłam herbatę, zadzwonił telefon Reusa.
- To Marcel. - powiedział i odebrał. Marcel był jego przyjacielem, ostatnio rzadko się widywali, ale miałam okazję go poznać. - Zaprasza nas dzisiaj na imprezę. Inga ma urodziny. - przerwał na chwilę rozmowę. - Idziemy? -zapytał, a ja pokiwałam głową. Nie miałam ochoty siedzieć w domu w towarzystwie Ann, chociaż oni pewnie wybiorą się razem z nami. Poza tym chciałam w końcu poznać Ingę, dziewczynę Marcela. Po chwili w kuchni pojawili się Mario i jego dziewczyna, a Marco zakończył rozmowę i wszyscy usiedliśmy do stołu.
- Idziecie z nami dzisiaj na imprezę. - powiedział Reus.
- Jaką imprezę? - zapytała Ann.
- Do Marcela. Jego dziewczyna ma dzisiaj urodziny. Przecież nie będziecie tutaj siedzieć.
- Ale ja,z bolącą nogą...Nie będę mógł tańczyć ani nic...Wole zostać tutaj. - zaczął marudzić Goetze.
- To usiądziesz i będziesz siedzieć. Nie przesadzaj, Marcel na pewno się ucieszy, gdy cię zobaczy. - odparł Marco.
-Przecież widzi mnie co kilka dni w telewizji...- zaśmiał się Mario, a blondyn rzucił mu surowe spojrzenie.
- Oj, kochanie, chodź, poznamy Ingę, przyda nam się trochę rozrywki. Ostatnio nigdzie nie wychodziliśmy. - zwróciła się do niego Ann.
- Właśnie, ona ma rację. - nigdy nie myślałam, że to powiem. Reus spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
- Ok, niech będzie. - zgodził się Goetze.
Po zjedzonym śniadaniu, wszyscy wybraliśmy się na spacer. Niestety, Marco musiał jechać na trening, więc nie trwał on zbyt długo.
- Ej, przecież my nie mamy prezentu dla Ingi! - przypomniało mi się w drodze powrotnej.
- No tak, przecież wypadałoby jej coś kupić. - powiedział mój chłopak.
- Tylko co ? - zapytała Ann.
- Zaraz coś wymyślę...- odpowiedział Marco.
- Jego znając, będzie to pewnie jakiś samochód, albo inny ,,drobiazg" - zaśmiał się Mario, podkreślając ostatnie słowo.
- Wiecie co, to w końcu jest dziewczyna, więc pewnie wiecie lepiej ode mnie, co mogłoby się jej przydać. - zwrócił się do Ann i do mnie Reus, gdy byliśmy już pod domem.
- Ale ja nigdy jej na oczy nie widziałam, skąd mam wiedzieć, co jej kupić? -zapytałam.
- Na pewno razem coś wymyślicie! - pocałował mnie, a następnie wsiadł do swojego auta, machając nam na pożegnanie i pojechał na trening.
- No to świetnie, mamy dwie godziny na kupienie czegoś sensownego. - zwróciłam się do piłkarza i jego dziewczyny.
- Wiecie co... Noga mnie boli, więc mam propozycję. Wy jedźcie do jakiejś galerii, a ja pójdę odpocząć. Zgoda?- zapytał. Miałam ochotę uciec jak najdalej. On chyba oszalał! Mam iść z Ann na zakupy? Jak dwie przyjaciółki? Przecież ja jej nie znoszę! Z resztą ona również nie pała do mnie szczególną sympatią.
- Niech będzie. - odparłam od niechcenia. Postanowiłam, że nie stchórzę i nie dam jej tej satysfakcji. Rzuciłam klucze od domu piłkarzowi i razem z Ann poszłyśmy do mojego samochodu.
- Nie stać cię na nic lepszego ? Przecież chyba nieźle ci płacą w klubie...Poza tym Marco też dużo zarabia. - uśmiechnęła się szeroko.
- Stać, ale to auto jest dla mnie idealne i nie chcę go zmieniać. - odparłam. - A jak ci się nie podoba, to mogę cię wysadzić i spotkamy się na miejscu. - spojrzałam na nią pytająco.
- Okej, już nic nie mówię. - odparła, nie odzywając się już nic przez całą drogę.
Po kilkunastu minutach byłyśmy na miejscu. Największa galeria w Dortmundzie.
- To co jej kupimy? - zapytałam. - Masz jakiś pomysł?
- Nie wiem..To musi być coś uniwersalnego, co spodobałoby się każdej kobiecie, nie wiemy co ona lubi.
- Jakiś zegarek? Łańcuszek ? Ubrania odpadają, nie wiemy jaki ma rozmiar i co nosi.- kombinowałam. - Może perfumy?
- Daj spokój, to przereklamowane. - odpowiedziała, a mi zadzwonił telefon.
- Tak, kochanie? - zwróciłam się do Marco.
- Dzwonię z pomocą. - zaśmiał się. - Inga lubi buty. Dużo butów. Jej rozmiar to 38. - mówił szybko.
- Skąd to wiesz? - zaczęłam się śmiać.
- Telefonowałem do Marcela. Podpowiedział mi, że ostatnio narzekała, że nie ma niebieskich szpilek, więc wiesz już co kupić. Przepraszam, ale muszę już kończyć, idę się przebrać.
- Dzięki, pa. - powiedziałam i rozłączyłam się.
- I co ? - zapytała moja towarzyszka.
- Mamy kupić niebieskie szpilki. Chodź, nie ma czasu.
W końcu trafiłyśmy na te idealne, które podobały się i mi, i Ann. Przy okazji kupiłyśmy oczywiście również kilka rzeczy sobie i zadowolone wróciłyśmy do Goetzego. Podczas naszej przeprawy po sklepach, tak naprawdę uświadomiłam sobie, że nie Ann wcale nie jest taka zła, jak mi się wcześniej wydawało.
________________________________________
Brawo Borussia!! :)
Wesołych świąt kochane ! ;*
- To Marcel. - powiedział i odebrał. Marcel był jego przyjacielem, ostatnio rzadko się widywali, ale miałam okazję go poznać. - Zaprasza nas dzisiaj na imprezę. Inga ma urodziny. - przerwał na chwilę rozmowę. - Idziemy? -zapytał, a ja pokiwałam głową. Nie miałam ochoty siedzieć w domu w towarzystwie Ann, chociaż oni pewnie wybiorą się razem z nami. Poza tym chciałam w końcu poznać Ingę, dziewczynę Marcela. Po chwili w kuchni pojawili się Mario i jego dziewczyna, a Marco zakończył rozmowę i wszyscy usiedliśmy do stołu.
- Idziecie z nami dzisiaj na imprezę. - powiedział Reus.
- Jaką imprezę? - zapytała Ann.
- Do Marcela. Jego dziewczyna ma dzisiaj urodziny. Przecież nie będziecie tutaj siedzieć.
- Ale ja,z bolącą nogą...Nie będę mógł tańczyć ani nic...Wole zostać tutaj. - zaczął marudzić Goetze.
- To usiądziesz i będziesz siedzieć. Nie przesadzaj, Marcel na pewno się ucieszy, gdy cię zobaczy. - odparł Marco.
-Przecież widzi mnie co kilka dni w telewizji...- zaśmiał się Mario, a blondyn rzucił mu surowe spojrzenie.
- Oj, kochanie, chodź, poznamy Ingę, przyda nam się trochę rozrywki. Ostatnio nigdzie nie wychodziliśmy. - zwróciła się do niego Ann.
- Właśnie, ona ma rację. - nigdy nie myślałam, że to powiem. Reus spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
- Ok, niech będzie. - zgodził się Goetze.
Po zjedzonym śniadaniu, wszyscy wybraliśmy się na spacer. Niestety, Marco musiał jechać na trening, więc nie trwał on zbyt długo.
- Ej, przecież my nie mamy prezentu dla Ingi! - przypomniało mi się w drodze powrotnej.
- No tak, przecież wypadałoby jej coś kupić. - powiedział mój chłopak.
- Tylko co ? - zapytała Ann.
- Zaraz coś wymyślę...- odpowiedział Marco.
- Jego znając, będzie to pewnie jakiś samochód, albo inny ,,drobiazg" - zaśmiał się Mario, podkreślając ostatnie słowo.
- Wiecie co, to w końcu jest dziewczyna, więc pewnie wiecie lepiej ode mnie, co mogłoby się jej przydać. - zwrócił się do Ann i do mnie Reus, gdy byliśmy już pod domem.
- Ale ja nigdy jej na oczy nie widziałam, skąd mam wiedzieć, co jej kupić? -zapytałam.
- Na pewno razem coś wymyślicie! - pocałował mnie, a następnie wsiadł do swojego auta, machając nam na pożegnanie i pojechał na trening.
- No to świetnie, mamy dwie godziny na kupienie czegoś sensownego. - zwróciłam się do piłkarza i jego dziewczyny.
- Wiecie co... Noga mnie boli, więc mam propozycję. Wy jedźcie do jakiejś galerii, a ja pójdę odpocząć. Zgoda?- zapytał. Miałam ochotę uciec jak najdalej. On chyba oszalał! Mam iść z Ann na zakupy? Jak dwie przyjaciółki? Przecież ja jej nie znoszę! Z resztą ona również nie pała do mnie szczególną sympatią.
- Niech będzie. - odparłam od niechcenia. Postanowiłam, że nie stchórzę i nie dam jej tej satysfakcji. Rzuciłam klucze od domu piłkarzowi i razem z Ann poszłyśmy do mojego samochodu.
- Nie stać cię na nic lepszego ? Przecież chyba nieźle ci płacą w klubie...Poza tym Marco też dużo zarabia. - uśmiechnęła się szeroko.
- Stać, ale to auto jest dla mnie idealne i nie chcę go zmieniać. - odparłam. - A jak ci się nie podoba, to mogę cię wysadzić i spotkamy się na miejscu. - spojrzałam na nią pytająco.
- Okej, już nic nie mówię. - odparła, nie odzywając się już nic przez całą drogę.
Po kilkunastu minutach byłyśmy na miejscu. Największa galeria w Dortmundzie.
- To co jej kupimy? - zapytałam. - Masz jakiś pomysł?
- Nie wiem..To musi być coś uniwersalnego, co spodobałoby się każdej kobiecie, nie wiemy co ona lubi.
- Jakiś zegarek? Łańcuszek ? Ubrania odpadają, nie wiemy jaki ma rozmiar i co nosi.- kombinowałam. - Może perfumy?
- Daj spokój, to przereklamowane. - odpowiedziała, a mi zadzwonił telefon.
- Tak, kochanie? - zwróciłam się do Marco.
- Dzwonię z pomocą. - zaśmiał się. - Inga lubi buty. Dużo butów. Jej rozmiar to 38. - mówił szybko.
- Skąd to wiesz? - zaczęłam się śmiać.
- Telefonowałem do Marcela. Podpowiedział mi, że ostatnio narzekała, że nie ma niebieskich szpilek, więc wiesz już co kupić. Przepraszam, ale muszę już kończyć, idę się przebrać.
- Dzięki, pa. - powiedziałam i rozłączyłam się.
- I co ? - zapytała moja towarzyszka.
- Mamy kupić niebieskie szpilki. Chodź, nie ma czasu.
W końcu trafiłyśmy na te idealne, które podobały się i mi, i Ann. Przy okazji kupiłyśmy oczywiście również kilka rzeczy sobie i zadowolone wróciłyśmy do Goetzego. Podczas naszej przeprawy po sklepach, tak naprawdę uświadomiłam sobie, że nie Ann wcale nie jest taka zła, jak mi się wcześniej wydawało.
________________________________________
Brawo Borussia!! :)
Wesołych świąt kochane ! ;*
Subskrybuj:
Posty (Atom)