W sklepie, miła pani ekspedientka, potwierdziła informacje o właścicielu budynku. Właścicielem jest Dietr Rehmann, jest dobrze ułożonym mężczyzną, przed czterdziestką. Wysłałam Ann krótkiego sms-a i wróciłam do domu. Przebrałam się i powtórnie wsiadłam w samochód, kierując się na ostatni mecz w tym sezonie na stadionie w Dortmundzie. Masa ludzi jechała w tym samym kierunku, miasto było bardzo zatłoczone, dlatego droga zajęła mi ponad pół godziny. Miejsce miałam w sektorze, z którego bez problemu można śledzić każdą sytuację na murawie. Obok siedziała Tugba, a następnie Anka. Dwa rzędy dalej można było zobaczyć resztę partnerek piłkarzy. Ania nie kryła wzruszenia, że już ostatni raz może na tym stadionie obserwować swojego męża. Jej nastrój udzielił się mi i Tugbie, przez co obie siedziałyśmy trochę przybite, obserwując pojedynek z Bayerem Leverkusen. Mecz, prawdę mówiąc, był nudny. W ekipach obu zespołów widoczne było zmęczenie całym sezonem. Spotkanie zakończyło się remisem 1-1. Strzelcem bramki dla gospodarzy był Łukasz Piszczek.
- Szkoda, że Robert nie strzelił. - wzdychała Lewandowska po ostatnim gwizdku.
- Fajnie byłoby, gdyby w ten sposób pożegnał się z Dortmundem, ale jak nie tutaj to może w Berlinie, w finale pucharu? - pocieszała ją żona Sahina.
- Właśnie, nie ma co się załamywać, przed nami jeszcze jeden, bardzo ważny mecz. - powiedziałam i wstałam ze swojego miejsca. - Zbieramy się?
- Tak, chodźmy. - odpowiedziała Anna i ruszyłyśmy do wyjścia. W międzyczasie opowiedziałam dziewczynom o naszym gościu, czyli Luizie. Były nieco zszokowane, ale zarazem jej współczuły. Gdy o niej pomyślałam, zrobiło mi się głupio, że zostawiłam ją samą w domu. Oczywiście, od czasu, gdy wróciliśmy ze spaceru, zaszyła się w pokoju i nie chciała nigdzie wychodzić, mimo że proponowałam jej pójście na mecz. Nie powinnam była jej zostawiać, dlatego też pożegnałam się z dziewczynami i wróciłam do domu. Gdy byłam na miejscu, położyłam torbę w salonie i poszłam do dziewczyny. Leżała na łóżku, była odwrócona do mnie plecami.
- Luiza...- powiedziałam cicho, usłyszałam chlipnięcie. Podeszłam do niej i zauważyłam, że płacze.
- Daj spokój, nie próbuj mnie pocieszać, to nie ma sensu. - odparła, siadając na łóżku. Teraz patrzyłyśmy sobie prosto w oczy.
- Nie chcę cię pocieszać. Marco rozmawiał z twoją mamą. Niedługo ma się odezwać.
- Kiedy? Jak urodzę?! - zaczęła krzyczeć. - Jak odchowam dziecko, znajdę pracę i męża, wtedy się odezwie?!
- Lu, uspokój się. - powiedziałam cicho. - Ona zrozumiała swój błąd, musi sobie wszystko poukładać i przemyśleć.
- Powiedz mi jak ona mogła tak postąpić? Nienawidzę jej. - odburknęła.
- Wiem, że masz jej to za złe. Postąpiła fatalnie, ale to nadal twoja matka. Wszystko co ci wtedy powiedziała, było wynikiem jej flustracji i oburzenia. Swoją drogą, ty też nie jesteś bez winy.
- Doskonale o tym wiem i tego żałuję.- wysyczała. - Przynajmniej potrafię to powiedzieć i przyznać się do tego, ze jest mi wstyd. Na pewno nie mam tego po matce.
- Wkrótce wszystko wróci do normy, nie masz powodów by płakać.
- Nie mam powodów? Dziewczyno, czy ty słyszysz co mówisz?! Mam zmarnowane życie, ciąża w tym wieku to koniec, rozumiesz? Nie mam szkoły, rodziny, nie mam nic, a ty mi mówisz, że mam być szczęśliwa? Pewnie całe życie miałaś takie jak teraz - sami kochający ludzie, zero problemów, wszystko ułożone i zaplanowane. Jakim prawem w ogóle się wypowiadasz? - znów uniosła głos i naskoczyła na mnie.
- Chcę ci pomóc. Może gdybyś miała ciut lepszy charakter, ominęłabyś wiele swoich kłopotów. Nie uważasz, że może część z nich masz na własną prośbę? I uwierz mi, że za pare lat inaczej na to spojrzysz, ale na razie jesteś gówniarą bez uczuć. - chciałam już wyjść - Aha, jeszcze jedno - od zawsze miałam problemy, ma je każdy. Otaczałam się kochającymi ludźmi, bo potrafiłam ich odpowiednio wybierać i traktować. I nie stawiaj siebie na piedestale całego świata, bo wiele osób jest w gorszej sytuacji od ciebie. Lepiej zacznij doceniać to, co masz. - wyszłam z pokoju, trzaskając drzwiami. Nie ukrywam, że Luiza mnie zdenerwowała. Chciałam jej pomóc, a ona obrzuciła mnie błotem. Jakim prawem? Nic o mnie nie wie, nie może sądzić, że całe życie miałam lekko. Jednak, gdy przygotowując kolację usłyszałam jej płacz, uświadomiłam sobie, że przesadziłam. Po kilkunastu minutach wrócił Marco. Słysząc szloch Luizy, chciał do niej pójść, ale go zatrzymałam.
- Co się stało? - zapytał.
- Gdy wróciłam, płakała, potem zamieniłam z nią kilka zdań i jest jeszcze gorzej.
- Idę do niej. - zadecydował, nie czekając na moją reakcję.
Przygotowałam kolację i czekałam na blondyna. Wiedziałam, że na obecność Luizy nie ma co liczyć.
- Co ty jej powiedziałaś? - zapytał, gdy wrócił. - Jest naprawdę w złym stanie.
- Naskoczyła na mnie, żebym nie wypowiadała się w jej sprawie, bo pewnie całe życie miałam usłane różami. Odpowiedziałam jej tylko, aby zmieniła swój stosunek do ludzi, bo sama ściąga na siebie problemy. Nic więcej.
- Madzia... - westchnął. - Wiesz jak ona się teraz czuje, nie mogłaś sobie tego oszczędzić?
- Marco, rozumiem, ale nie pozwolę się obrażać. Nawet kobiecie w ciąży.
- Mam prośbę. W poniedziałek wylatujemy do Berlina, więc chciałbym, żebyś we wtorek przyleciała na mecz razem z Luizą. Mam nadzieję, że w naszej obecności ciotka przyjmie Lu.
- Okej, nie ma problemu. W poniedziałek zostanie sama, ponieważ ja wracam do pracy.
- Jesteś pewna? Wydaje mi się, że powinnaś jeszcze odpocząć. Te wszystkie wydarzenia z Marvinem... - pokręcił głową i mocno mnie przytulił. - A właśnie, co do niego... Założył sprawę przeciwko mnie.
- Jak to ? - nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że dał nam już spokój.
- Alan do mnie dzwonił. Za dwa tygodnie mam stawić się w sądzie, ty również, niedługo pewnie przyjdzie jakieś pismo. - na te słowa do moich oczy napłynęły łzy. - Nie martw się, razem przez to przejdziemy. Poza tym, mamy jednego z najlepszych adwokatów w Niemczech. - przytulił mnie jeszcze mocniej i pocałował w czoło.
________________________________________________________
Bardzo przepraszam za długą nieobecność.
Ostatnio mam też troszkę mniej motywacji do pisania, z powodu małej ilości komentarzy i wyświetleń, także jeżeli ktoś czyta to bardzo proszę, żeby zostawił po sobie ślad, chociażby najkrótszy. :)
środa, 28 maja 2014
piątek, 16 maja 2014
37. ,,Wraca stara, apodyktyczna Ann. "
Weszłam do domu, a za mną blondynka z walizką. Była trochę mniej roztrzęsiona niż przed kilkoma minutami, przestała płakać. Kiedy ja zdejmowałam kurtkę, ona rozglądała się po mieszkaniu.
- Jesteś z Marco? - zapytała niespodziewanie.
- Tak. - odpowiedziałam krótko. - A ty...Kim jesteś? - nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ drzwi się otwarły i pojawił się Marco. Rzuciła mu się na szyję i ponownie się rozpłakała.
- Lu, co się stało? Skąd wzięłaś się w Dortmundzie? - pytał dziewczyny. Widać było, że łączą ich dobre kontakty. Stałam obok i przyglądałam się sytuacji.
- Rodzice mnie wyrzucili z domu. Marco... ja jestem w ciąży! - odparła, a mi do głowy przyszły najczarniejsze myśli.
- Jak to w ciąży?! - oburzył się blondyn. - Luiza ! - Pomyślałam, że to dziecko może być Marco. Ale, nie przecież to niemożliwe... Spojrzałam niepewnie na chłopaka, a on zrozumiał o czym myślę. Odszedł od Luizy i stanął koło mnie.
- Lu to moja kuzynka, nigdy ci o niej konkretnie nie wspominałem, ale pamiętasz jak mówiłem ci, że mam rodzinę w Berlinie?- pokiwałam głową i odetchnęłam z ulgą. - Nie rozumiem jak mogłaś być taka nieodpowiedzialna. Kto jest ojcem? - zwrócił się do kuzynki. W międzyczasie weszliśmy do salonu.
- Mój były chłopak. Wie o ciąży, powiedział, że będzie starał się mi pomóc. Tylko, że ja nie mam gdzie mieszkać. Cała rodzina w Berlinie się ode mnie odwróciła. Matka powiedziała, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego i wystawiła mi walizkę za drzwi. Jedynie ty przyszedłeś mi do głowy... Nie gniewaj się, proszę. Wiem, że robię ci ogromny problem - spojrzała na mnie - Ale musisz mi pomóc.
- Jasne, tylko jak sobie to wyobrażasz, przecież chodzisz do szkoły... Luiza, jest tylko jedno wyjście - musisz dogadać się z rodzicami. Przecież, gdy urodzisz, ktoś musi zająć się dzieckiem. Sorry, ale ja nie dam rady. - blado się uśmiechnął, a ja wyobraziłam sobie Reusa wśród pieluch.
- Rodzice nigdy mi tego nie wybaczą. Pomyślałam, że może załatwiłbyś mi jakąś pracę...? - spojrzała na niego pytająco.
- Uważasz, że ktoś przyjmie dziewczynę w ciąży ? - zapytałam.
- Na razie tego nie widać, zawsze coś zarobię...
- Chyba oszalałaś, nie ma mowy. Jeżeli chodzi o kasę to ja bez problemu mogę ci pomóc, ale ty musisz wrócić do Berlina i pogodzić się z rodzicami. - postanowił Marco.
- A może ty mógłbyś z nimi pogadać? Zawsze stawiali mi ciebie za wzór... Osiągnął sukces, nie odbiło mu, inteligentny, i tak dalej... - zaczęła wymieniać.
- Spróbuję, a na razie tutaj zostaniesz.
- Może zjemy jakiś obiad? - zaproponowałam i po chwili znaleźliśmy się w kuchni. Przygotowaliśmy szybkie danie, a po zjedzeniu poszliśmy oprowadzić Luizę po Dortmundzie.
Wieczorem Reus skontaktował się z rodziną Luizy. Oczywiście jej matka była rozgoryczona tym, co zrobiła córka, jednak rozmowa z Marco uświadomiła jej chyba, że musi pomóc Lu. Obiecała, że wkrótce się odezwie.
***
Następnego dnia wcześnie rano pojechałam do pracy. Była sobota, dzień meczu, więc liczyłam, że zastanę Tima. Chciałam już wrócić do zajęć. Czułam się dobrze, a siedzenie w domu tylko mnie męczyło. Czasami nawet wracałam do wydarzeń sprzed kilku tygodni.
- Dzień dobry, szefie. - uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam go przy sekretariacie.
- Magda? A co ty tutaj robisz, przecież masz jeszcze kilka dni wolnego...Cały przyszły tydzień o ile dobrze pamiętam.
- Tak, ale chciałabym już wrócić. Byłaby możliwość skrócenia mojego urlopu?
- Jasne, ale jesteś pewna? - zapytał.
- Tak.
- W takim razie możesz wrócić już w poniedziałek. Wybierasz się dzisiaj na mecz?
- Oczywiście.
- To do zobaczenia na stadionie. Mam nadzieję, że wygramy.
- Ja również. To do widzenia. - odparłam i wyszłam z budynku.
Wróciłam do domu. Marco wyjechał wcześnie rano, ze względu na dzisiejszy pojedynek z Bayerem. Usiadłam na tarasie i czytałam książkę, gdy zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz - Ann.
- No hej, długo się nie odzywałaś...Jak się trzymasz? - odebrałam.
- Jakoś leci. Mario mnie przeprosił, powiedział, że nic z tego nie będzie, ale pewnie o tym wiesz. Dzwonię, bo mam prośbę.
- Jaką? - zapytałam zdziwiona.
- Ty miałaś już przejścia z tą Alexandrą, prawda?
- Zależy o co ci chodzi... - odpowiedziałam wymijająco.
- O to, że dobierała się do Marco, nie udawaj, że nie pamiętasz. - odpowiedziała szorstko. Oho, wraca stara, apodyktyczna Ann.
- Pamiętam i co w związku z tym?
- To, że musisz mi pomóc. Nie mogę znieść tego, co mi zrobiła.A ty chyba też nie za bardzo ją lubisz... - nie mogłam zrozumieć, co ona chce zrobić.
- Ann, co ty kombinujesz? Chcesz się mścić? Daj spokój, co się stało to się nie odstanie. - próbowałam odwieść ją od tego pomysłu.
- Oj, od razu mścić. Chcę, żeby chociaż w malutkim stopniu zapłaciła za rozpad mojego związku.
- Przecież Mario i tak już cię nie kochał, prędzej czy później rozstalibyście się. - cisza w słuchawce. Zrozumiałam, że nie powinnam tego mówić. - Przepraszam, po prostu próbuję doszukać się jakichś pozytywnych stron tej sytuacji.
- To nie szukaj, bo ich nie ma. A ta małpa zapłaci za to co mi zrobiła. Posłuchaj mnie uważnie i odpowiadaj na moje pytania. - zarządziła, a ja tylko wywróciłam oczami. Dobrze, że mnie nie widzi. - Ta restauracja, w której była impreza jest jej prawda?
- Tak. - odpowiedziałam.
- Ale dowiedziałam się, że budynek, w którym ona się znajduje należy do niejakiego Dietra Rehmanna. Oznacza to, że Alexandra musi tylko wynajmować lokal... Twoje zadanie jest bardzo proste - sprawdzisz czy rzeczywiście ten cały Rehmann jest właścicielem.
-Okej, ale tylko jeżeli powiesz mi, po co ci te informacje. - postawiłam warunek.
- Jeżeli ta krowa nie jest właścicielką, to zrobię wszystko, aby kupić ten lokal od tego faceta. Wtedy całą restaurację szlag trafi, a Alex zostanie bezrobotna. - powiedziała lekkim tonem, widocznie z siebie zadowolona, a mnie zatkało.
- Ciekawie sobie to wymyśliłaś...Ale po co ci ten lokal? Kupisz go, Alexandra się wyniesie, a potem będziesz musiała coś z nim zrobić.
- O to się nie martw. Postaraj jak najszybciej sprawdzić do kogo należy budynek. Zatelefonuję w poniedziałek. Aha i jeszcze jedno - ani mi się waż powiedzieć komuś o moim planie! W szczególności Reusowi, zrozumiałaś? To będzie nasza mała, słodka zemsta za to, co chciała zrobić tobie i za to, co zrobiła mi. Owocnej pracy i do usłyszenia! Jeżeli będziesz wiedziała coś wcześniej to zadzwoń.
- Okej, do usłyszenia.
Wiedziałam, że Ann jest zdolna do takich rzeczy, ale nie przypuszczałam, że może być, aż tak podła.Jednak z drugiej strony trochę ją rozumiałam, przecież Alex zabrała jej faceta. Nie mogłam uwierzyć, że dałam się przekonać i wplątać w całą tę intrygę. Kusiło mnie jednak, żeby odegrać się za jej zaloty do Marco. Miałam jeszcze trochę czasu do meczu, więc odłożyłam książkę i zaczęłam zastanawiać się, jak sprawdzić kto jest właścicielem restauracji. Pomyślałam, że może Marco będzie coś wiedział, ale nie chciałam go pytać, bo mógłby się czegoś domyślić. Przypomniałam sobie, że koło restauracji znajduje się mały sklep spożywczy. Być może tam czegoś się dowiem?
- Jesteś z Marco? - zapytała niespodziewanie.
- Tak. - odpowiedziałam krótko. - A ty...Kim jesteś? - nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ drzwi się otwarły i pojawił się Marco. Rzuciła mu się na szyję i ponownie się rozpłakała.
- Lu, co się stało? Skąd wzięłaś się w Dortmundzie? - pytał dziewczyny. Widać było, że łączą ich dobre kontakty. Stałam obok i przyglądałam się sytuacji.
- Rodzice mnie wyrzucili z domu. Marco... ja jestem w ciąży! - odparła, a mi do głowy przyszły najczarniejsze myśli.
- Jak to w ciąży?! - oburzył się blondyn. - Luiza ! - Pomyślałam, że to dziecko może być Marco. Ale, nie przecież to niemożliwe... Spojrzałam niepewnie na chłopaka, a on zrozumiał o czym myślę. Odszedł od Luizy i stanął koło mnie.
- Lu to moja kuzynka, nigdy ci o niej konkretnie nie wspominałem, ale pamiętasz jak mówiłem ci, że mam rodzinę w Berlinie?- pokiwałam głową i odetchnęłam z ulgą. - Nie rozumiem jak mogłaś być taka nieodpowiedzialna. Kto jest ojcem? - zwrócił się do kuzynki. W międzyczasie weszliśmy do salonu.
- Mój były chłopak. Wie o ciąży, powiedział, że będzie starał się mi pomóc. Tylko, że ja nie mam gdzie mieszkać. Cała rodzina w Berlinie się ode mnie odwróciła. Matka powiedziała, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego i wystawiła mi walizkę za drzwi. Jedynie ty przyszedłeś mi do głowy... Nie gniewaj się, proszę. Wiem, że robię ci ogromny problem - spojrzała na mnie - Ale musisz mi pomóc.
- Jasne, tylko jak sobie to wyobrażasz, przecież chodzisz do szkoły... Luiza, jest tylko jedno wyjście - musisz dogadać się z rodzicami. Przecież, gdy urodzisz, ktoś musi zająć się dzieckiem. Sorry, ale ja nie dam rady. - blado się uśmiechnął, a ja wyobraziłam sobie Reusa wśród pieluch.
- Rodzice nigdy mi tego nie wybaczą. Pomyślałam, że może załatwiłbyś mi jakąś pracę...? - spojrzała na niego pytająco.
- Uważasz, że ktoś przyjmie dziewczynę w ciąży ? - zapytałam.
- Na razie tego nie widać, zawsze coś zarobię...
- Chyba oszalałaś, nie ma mowy. Jeżeli chodzi o kasę to ja bez problemu mogę ci pomóc, ale ty musisz wrócić do Berlina i pogodzić się z rodzicami. - postanowił Marco.
- A może ty mógłbyś z nimi pogadać? Zawsze stawiali mi ciebie za wzór... Osiągnął sukces, nie odbiło mu, inteligentny, i tak dalej... - zaczęła wymieniać.
- Spróbuję, a na razie tutaj zostaniesz.
- Może zjemy jakiś obiad? - zaproponowałam i po chwili znaleźliśmy się w kuchni. Przygotowaliśmy szybkie danie, a po zjedzeniu poszliśmy oprowadzić Luizę po Dortmundzie.
Wieczorem Reus skontaktował się z rodziną Luizy. Oczywiście jej matka była rozgoryczona tym, co zrobiła córka, jednak rozmowa z Marco uświadomiła jej chyba, że musi pomóc Lu. Obiecała, że wkrótce się odezwie.
***
Następnego dnia wcześnie rano pojechałam do pracy. Była sobota, dzień meczu, więc liczyłam, że zastanę Tima. Chciałam już wrócić do zajęć. Czułam się dobrze, a siedzenie w domu tylko mnie męczyło. Czasami nawet wracałam do wydarzeń sprzed kilku tygodni.
- Dzień dobry, szefie. - uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam go przy sekretariacie.
- Magda? A co ty tutaj robisz, przecież masz jeszcze kilka dni wolnego...Cały przyszły tydzień o ile dobrze pamiętam.
- Tak, ale chciałabym już wrócić. Byłaby możliwość skrócenia mojego urlopu?
- Jasne, ale jesteś pewna? - zapytał.
- Tak.
- W takim razie możesz wrócić już w poniedziałek. Wybierasz się dzisiaj na mecz?
- Oczywiście.
- To do zobaczenia na stadionie. Mam nadzieję, że wygramy.
- Ja również. To do widzenia. - odparłam i wyszłam z budynku.
Wróciłam do domu. Marco wyjechał wcześnie rano, ze względu na dzisiejszy pojedynek z Bayerem. Usiadłam na tarasie i czytałam książkę, gdy zadzwonił telefon. Spojrzałam na wyświetlacz - Ann.
- No hej, długo się nie odzywałaś...Jak się trzymasz? - odebrałam.
- Jakoś leci. Mario mnie przeprosił, powiedział, że nic z tego nie będzie, ale pewnie o tym wiesz. Dzwonię, bo mam prośbę.
- Jaką? - zapytałam zdziwiona.
- Ty miałaś już przejścia z tą Alexandrą, prawda?
- Zależy o co ci chodzi... - odpowiedziałam wymijająco.
- O to, że dobierała się do Marco, nie udawaj, że nie pamiętasz. - odpowiedziała szorstko. Oho, wraca stara, apodyktyczna Ann.
- Pamiętam i co w związku z tym?
- To, że musisz mi pomóc. Nie mogę znieść tego, co mi zrobiła.A ty chyba też nie za bardzo ją lubisz... - nie mogłam zrozumieć, co ona chce zrobić.
- Ann, co ty kombinujesz? Chcesz się mścić? Daj spokój, co się stało to się nie odstanie. - próbowałam odwieść ją od tego pomysłu.
- Oj, od razu mścić. Chcę, żeby chociaż w malutkim stopniu zapłaciła za rozpad mojego związku.
- Przecież Mario i tak już cię nie kochał, prędzej czy później rozstalibyście się. - cisza w słuchawce. Zrozumiałam, że nie powinnam tego mówić. - Przepraszam, po prostu próbuję doszukać się jakichś pozytywnych stron tej sytuacji.
- To nie szukaj, bo ich nie ma. A ta małpa zapłaci za to co mi zrobiła. Posłuchaj mnie uważnie i odpowiadaj na moje pytania. - zarządziła, a ja tylko wywróciłam oczami. Dobrze, że mnie nie widzi. - Ta restauracja, w której była impreza jest jej prawda?
- Tak. - odpowiedziałam.
- Ale dowiedziałam się, że budynek, w którym ona się znajduje należy do niejakiego Dietra Rehmanna. Oznacza to, że Alexandra musi tylko wynajmować lokal... Twoje zadanie jest bardzo proste - sprawdzisz czy rzeczywiście ten cały Rehmann jest właścicielem.
-Okej, ale tylko jeżeli powiesz mi, po co ci te informacje. - postawiłam warunek.
- Jeżeli ta krowa nie jest właścicielką, to zrobię wszystko, aby kupić ten lokal od tego faceta. Wtedy całą restaurację szlag trafi, a Alex zostanie bezrobotna. - powiedziała lekkim tonem, widocznie z siebie zadowolona, a mnie zatkało.
- Ciekawie sobie to wymyśliłaś...Ale po co ci ten lokal? Kupisz go, Alexandra się wyniesie, a potem będziesz musiała coś z nim zrobić.
- O to się nie martw. Postaraj jak najszybciej sprawdzić do kogo należy budynek. Zatelefonuję w poniedziałek. Aha i jeszcze jedno - ani mi się waż powiedzieć komuś o moim planie! W szczególności Reusowi, zrozumiałaś? To będzie nasza mała, słodka zemsta za to, co chciała zrobić tobie i za to, co zrobiła mi. Owocnej pracy i do usłyszenia! Jeżeli będziesz wiedziała coś wcześniej to zadzwoń.
- Okej, do usłyszenia.
Wiedziałam, że Ann jest zdolna do takich rzeczy, ale nie przypuszczałam, że może być, aż tak podła.Jednak z drugiej strony trochę ją rozumiałam, przecież Alex zabrała jej faceta. Nie mogłam uwierzyć, że dałam się przekonać i wplątać w całą tę intrygę. Kusiło mnie jednak, żeby odegrać się za jej zaloty do Marco. Miałam jeszcze trochę czasu do meczu, więc odłożyłam książkę i zaczęłam zastanawiać się, jak sprawdzić kto jest właścicielem restauracji. Pomyślałam, że może Marco będzie coś wiedział, ale nie chciałam go pytać, bo mógłby się czegoś domyślić. Przypomniałam sobie, że koło restauracji znajduje się mały sklep spożywczy. Być może tam czegoś się dowiem?
piątek, 9 maja 2014
36. ,,Sam naważyłeś piwa, to teraz je wypij."
Postanowiliśmy z Marco, że poczekamy na Goetzego, aby od razu wyjaśnić całą sytuację, ale niestety, nie zjawił się. Przyjechał taksówką dopiero rano, gdy jadłam z Reusem śniadanie.
- Cześć! Fajna ta impreza wczoraj była, co nie? -wpadł uśmiechnięty do kuchni. Nic nie odpowiedzieliśmy. - Ann śpi na górze? - zapytał. - Przyjechała wczoraj z wami, prawda?
- Nie, nie przyjechała z nami. - odpowiedziałam i upiłam łyk herbaty. - Nie ma jej tutaj.
- Nawet nie zauważyłeś jak wyszła... - powiedział Marco i spojrzał na niego surowo.
- Ale o co wam chodzi? Gdzie jest Ann? - pytał Mario.
- Nie udawaj, że cię to obchodzi. Jak mogłeś jej coś takiego zrobić?- podniósł głos blondyn. - Widziała cię z Alex. Wróciła do Monachium. - powiedział i wyszedł z kuchni, ale po chwili wrócił. - I kazała ci przekazać, że nie jesteście już razem.
Goetze nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić. Zaprzeczyć? Przecież Ann go widziała, to byłoby bez sensu. Miał tylko jedno wyjście - przyznać się i błagać ją o wybaczenie. Tylko z drugiej strony - czy na pewno chce do niej wracać? Przecież gdyby ją bezgranicznie kochał to nie poszedłby do łóżka z Alexandrą. Zdecydowanie musiał to sobie przemyśleć. Może dobrze się stało? Może w końcu uwolni się z tego toksycznego związku, w którym pełną i apodyktyczną władzę sprawuje kobieta? Oczywiście, wiedział, że bardzo ją zranił i nie powinien tego robić, ale ona również nie była bez winy. Gdyby zmieniła swoje postępowanie wobec ludzi, oni inaczej by ją postrzegali.
Mario usiadł przy stole i spuścił głowę. Przez chwilę było mi go nawet szkoda. Ale zaraz potem postawiłam siebie w sytuacji Ann. Nie wyobrażałam sobie, co bym zrobiła. Jednak miałam nadzieję, że Marco mi nigdy tak nie skrzywdzi.
- I co teraz? - zapytał cicho piłkarz Bayernu.
- To już twój problem. Sam naważyłeś piwa, to teraz je wypij. - odparłam.
- Jadę na trening. Pa! - do kuchni wpadł Marco z plecakiem, pocałował mnie i wyszedł, nie zwracając uwagi na przyjaciela. Na pewno ta sprawa wpłynie na ich relacje, ale jestem pewna, że nadal będą się przyjaźnić. Potrzebują tylko poważnej rozmowy w cztery oczy.
- Czuj się jak u siebie, ja spadam, bo umówiłam się z Anką na mieście. - powiedziałam i odeszłam od stołu.
- Zaczekaj. - powiedział cicho, a ja spojrzałam na niego pytająco. - Myślisz, że Marco ma mnie teraz za kompletnego dupka?
- A jak uważasz? - zapytałam retorycznie. - Zrobiłeś takie świństwo...Nikt by się po tobie tego nie spodziewał, a na pewno nie twój najlepszy przyjaciel.
- Chyba najlepiej będzie jeśli stąd teraz wyjadę. Pójdę po rzeczy i ruszam w drogę. - skierował się na górę. - Mam jeszcze jeden problem. - zatrzymał się i spojrzał na mnie. - Chodzi o Ann. Zdałem sobie sprawę, że chyba już jej nie kocham. Gdyby było inaczej to na pewno nie zdradziłbym jej. Tak czy inaczej bardzo tego żałuję. - westchnął.
- Mimo tego, powinieneś ją przeprosić. To, że jej nie kochasz, nie znaczy, że możesz ją ranić. - powiedziałam, a piłkarz pokiwał głową i poszedł po walizkę. Po kilkunastu minutach zszedł z bagażem, a ja w tym czasie uszykowałam się do wyjścia. Razem opuściliśmy mieszkanie.
- Poczekasz ze mną na taksówkę? - poprosił.
- Okej. - zgodziłam się i zapanowała między nami cisza.
- Marco ma wielkie szczęście, że cię poznał. Jesteś naprawdę świetną dziewczyną. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy. Do zobaczenia! - powiedział i wsiadł do samochodu, który właśnie podjechał.
- Cześć! - pomachałam mu, popatrzyłam jak odjeżdża i ruszyłam przed siebie.
***
Wracałam ze spotkania z Anią trochę przygnębiona. Bardzo się do niej przywiązałam przez te kilka miesięcy, a teraz ona opuszcza Dortmund. Miałam z nią przyjacielskie kontakty, była mi najbliższą osobą, oczywiście poza Marco, w obcym mieście. Za dwa tygodnie definitywnie wyjeżdża.
Zastanawiałam się czy blondyn wrócił już z treningu, gdy koło jego posesji zauważyłam siedzącą na chodniku blondynkę. Obok niej stała duża walizka. Z profilu przypominała Alexandrę, ale kiedy się zbliżyłam, dostrzegłam, że dziewczyna jest od niej dużo młodsza, na oko miała osiemnaście lat. Otworzyłam furtkę, a ona podniosła głowę. Dopiero teraz dostrzegłam, że jest cała zapłakana.
- Przepraszam, czy tu mieszka Marco? - zapytała słabym głosem.
- O co chodzi? - odparłam. Nie wiedziałam kim ona jest, dlatego nie chciałam nic mówić.
- Marco mnie zna, potrzebuję pomocy, nazywam się Luiza. - podawała kolejno informacje.
- Przepraszam, ale nie wiem czy mogę wpuścić cię do środka. Pozwól, że zadzwonię. - wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Reusa. Odeszłam na kilka kroków, aby móc swobodnie rozmawiać. Modliłam się w duchu, żeby odebrał, bo nie chciałam zostawić dziewczyny na ulicy. Po kilku sygnałach odezwał się.
- Marco, przed domem stoi jakaś dziewczyna, mówi, że ją znasz, nazywa się Luiza. Wysoka blondynka. Mam ją wpuścić do domu?
- Luiza? Ale skąd ona wzięła się w Dortmundzie? - pytał retorycznie.- Jasne, wpuść ją, ja będę za kilkanaście minut, muszę tylko coś załatwić. - powiedział i rozłączył się.
Zastanawiałam się, kim jest ta dziewczyna i skąd zna Reusa, ale była w takim stanie, że wolałam nie pytać. Miałam tylko nadzieję, że nie przyniesie nam żadnych problemów.
- Cześć! Fajna ta impreza wczoraj była, co nie? -wpadł uśmiechnięty do kuchni. Nic nie odpowiedzieliśmy. - Ann śpi na górze? - zapytał. - Przyjechała wczoraj z wami, prawda?
- Nie, nie przyjechała z nami. - odpowiedziałam i upiłam łyk herbaty. - Nie ma jej tutaj.
- Nawet nie zauważyłeś jak wyszła... - powiedział Marco i spojrzał na niego surowo.
- Ale o co wam chodzi? Gdzie jest Ann? - pytał Mario.
- Nie udawaj, że cię to obchodzi. Jak mogłeś jej coś takiego zrobić?- podniósł głos blondyn. - Widziała cię z Alex. Wróciła do Monachium. - powiedział i wyszedł z kuchni, ale po chwili wrócił. - I kazała ci przekazać, że nie jesteście już razem.
Goetze nie bardzo wiedział co ma ze sobą zrobić. Zaprzeczyć? Przecież Ann go widziała, to byłoby bez sensu. Miał tylko jedno wyjście - przyznać się i błagać ją o wybaczenie. Tylko z drugiej strony - czy na pewno chce do niej wracać? Przecież gdyby ją bezgranicznie kochał to nie poszedłby do łóżka z Alexandrą. Zdecydowanie musiał to sobie przemyśleć. Może dobrze się stało? Może w końcu uwolni się z tego toksycznego związku, w którym pełną i apodyktyczną władzę sprawuje kobieta? Oczywiście, wiedział, że bardzo ją zranił i nie powinien tego robić, ale ona również nie była bez winy. Gdyby zmieniła swoje postępowanie wobec ludzi, oni inaczej by ją postrzegali.
Mario usiadł przy stole i spuścił głowę. Przez chwilę było mi go nawet szkoda. Ale zaraz potem postawiłam siebie w sytuacji Ann. Nie wyobrażałam sobie, co bym zrobiła. Jednak miałam nadzieję, że Marco mi nigdy tak nie skrzywdzi.
- I co teraz? - zapytał cicho piłkarz Bayernu.
- To już twój problem. Sam naważyłeś piwa, to teraz je wypij. - odparłam.
- Jadę na trening. Pa! - do kuchni wpadł Marco z plecakiem, pocałował mnie i wyszedł, nie zwracając uwagi na przyjaciela. Na pewno ta sprawa wpłynie na ich relacje, ale jestem pewna, że nadal będą się przyjaźnić. Potrzebują tylko poważnej rozmowy w cztery oczy.
- Czuj się jak u siebie, ja spadam, bo umówiłam się z Anką na mieście. - powiedziałam i odeszłam od stołu.
- Zaczekaj. - powiedział cicho, a ja spojrzałam na niego pytająco. - Myślisz, że Marco ma mnie teraz za kompletnego dupka?
- A jak uważasz? - zapytałam retorycznie. - Zrobiłeś takie świństwo...Nikt by się po tobie tego nie spodziewał, a na pewno nie twój najlepszy przyjaciel.
- Chyba najlepiej będzie jeśli stąd teraz wyjadę. Pójdę po rzeczy i ruszam w drogę. - skierował się na górę. - Mam jeszcze jeden problem. - zatrzymał się i spojrzał na mnie. - Chodzi o Ann. Zdałem sobie sprawę, że chyba już jej nie kocham. Gdyby było inaczej to na pewno nie zdradziłbym jej. Tak czy inaczej bardzo tego żałuję. - westchnął.
- Mimo tego, powinieneś ją przeprosić. To, że jej nie kochasz, nie znaczy, że możesz ją ranić. - powiedziałam, a piłkarz pokiwał głową i poszedł po walizkę. Po kilkunastu minutach zszedł z bagażem, a ja w tym czasie uszykowałam się do wyjścia. Razem opuściliśmy mieszkanie.
- Poczekasz ze mną na taksówkę? - poprosił.
- Okej. - zgodziłam się i zapanowała między nami cisza.
- Marco ma wielkie szczęście, że cię poznał. Jesteś naprawdę świetną dziewczyną. Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy. Do zobaczenia! - powiedział i wsiadł do samochodu, który właśnie podjechał.
- Cześć! - pomachałam mu, popatrzyłam jak odjeżdża i ruszyłam przed siebie.
***
Wracałam ze spotkania z Anią trochę przygnębiona. Bardzo się do niej przywiązałam przez te kilka miesięcy, a teraz ona opuszcza Dortmund. Miałam z nią przyjacielskie kontakty, była mi najbliższą osobą, oczywiście poza Marco, w obcym mieście. Za dwa tygodnie definitywnie wyjeżdża.
Zastanawiałam się czy blondyn wrócił już z treningu, gdy koło jego posesji zauważyłam siedzącą na chodniku blondynkę. Obok niej stała duża walizka. Z profilu przypominała Alexandrę, ale kiedy się zbliżyłam, dostrzegłam, że dziewczyna jest od niej dużo młodsza, na oko miała osiemnaście lat. Otworzyłam furtkę, a ona podniosła głowę. Dopiero teraz dostrzegłam, że jest cała zapłakana.
- Przepraszam, czy tu mieszka Marco? - zapytała słabym głosem.
- O co chodzi? - odparłam. Nie wiedziałam kim ona jest, dlatego nie chciałam nic mówić.
- Marco mnie zna, potrzebuję pomocy, nazywam się Luiza. - podawała kolejno informacje.
- Przepraszam, ale nie wiem czy mogę wpuścić cię do środka. Pozwól, że zadzwonię. - wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Reusa. Odeszłam na kilka kroków, aby móc swobodnie rozmawiać. Modliłam się w duchu, żeby odebrał, bo nie chciałam zostawić dziewczyny na ulicy. Po kilku sygnałach odezwał się.
- Marco, przed domem stoi jakaś dziewczyna, mówi, że ją znasz, nazywa się Luiza. Wysoka blondynka. Mam ją wpuścić do domu?
- Luiza? Ale skąd ona wzięła się w Dortmundzie? - pytał retorycznie.- Jasne, wpuść ją, ja będę za kilkanaście minut, muszę tylko coś załatwić. - powiedział i rozłączył się.
Zastanawiałam się, kim jest ta dziewczyna i skąd zna Reusa, ale była w takim stanie, że wolałam nie pytać. Miałam tylko nadzieję, że nie przyniesie nam żadnych problemów.
piątek, 25 kwietnia 2014
35. ,,Nie mam zamiaru tam iść."
Siedzieliśmy w domu i czekaliśmy na Marco, który był jeszcze na treningu. Ann malowała paznokcie, Mario przerzucał kanały w telewizorze, a ja czytałam gazetę. W pewnej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Reus. Rzucił torbę i przywitał się ze wszystkimi, a następnie usiadł obok i mnie pocałował.
- A tak w ogóle, to gdzie jest ta impreza? - zapytałam.
- Nie wiem, Marcel zaraz powinien wysłać mi sms'a.
- To ja pójdę się ubrać. - powiedziałam i opuściłam salon. Poszłam do garderoby i otworzyłam szafę. Zdecydowałam się na bordową sukienkę i czarne szpilki. Włosy lekko pokręciłam i postanowiłam zrobić lekki makijaż. Kiedy malowałam oczy, w lusterku ujrzałam Marco, opierającego się o futrynę, z lekkim uśmiechem na twarzy. Miał na sobie białą koszulę, czarną marynarkę i spodnie oraz białe, sportowe buty. Obróciłam się i spojrzałam na niego pytająco.
- Ślicznie wyglądasz. - powiedział, podchodząc bliżej. - Nie masz pojęcia jak się cieszę, że jesteśmy razem.
- Też się cieszę. Mam nadzieję, że tak będzie zawsze... - powiedziałam i schowałam wszystkie kosmetyki. Złapałam blondyna za rękę i zeszliśmy na dół, do naszych gości.
- Jesteście gotowi? - zapytałam.
-Oczywiście, możemy jechać.- odparł Mario. - Tylko niebardzo wiemy dokąd...- zaśmiał się.
- Wiemy, Marcel wysłał mi adres - Am Gulloh 23. Jedziemy! - powiedział Marco, a ja od razu skojarzyłam tę ulicę i numer. Wydawało mi się, że już tam byłam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co się tam znajduje. Usiedliśmy do czarnego Aston Martina i ruszyliśmy. Reus zachowywał się dość dziwnie, był jakiś zaniepokojony, zdekoncentrowany.
- Coś się stało? - zapytałam.
- Nie, nic . - odpowiedział, uśmiechając się, więc postanowiłam nie drążyć tematu i zaczęłam gorączkowo myśleć nad tym adresem. Jechaliśmy kilkanaście minut, Dortmund był bardzo zakorkowany. Kiedy byliśmy na miejscu, od razu wszystko sobie przypomniałam. Otóż, przy Am Gulloh 23 znajdowała się restauracja... Alexandry. Ann i Mario wysiedli z samochodu, a ja siedziałam i nie miałam zamiaru się ruszać. Marco rzucił mi przepraszające spojrzenie.
- Przysięgam, że nie miałem z tym nic wspólnego. Alex pewnie zaproponowała Marcelowi, że zorganizuje tę imprezę...
- Nie mam zamiaru tam iść. - odburknęłam.
-Oj Madzia, daj spokój, będziemy się trzymać od niej z daleka. - prosił mnie.
- Idziecie?! - zapukał w szybę Goetze. Westchnęłam i wyszłam z samochodu.
Weszliśmy do lokalu, szukając jubilatki. Było już kilka osób, większości nie kojarzyłam, znałam jedynie kilku innych kolegów Marco. Marcel przywitał się z chłopakami i całą czwórką poszliśmy złożyć życzenia i wręczyć prezent Indze. Okazała się ona być bardzo sympatyczną i towarzyską dziewczyną. Gdy zebrali się już wszyscy goście, wznieśliśmy toast. W tłumie dostrzegłam Alexandrę. Kilka minut później, pojawiła się obok mnie i Marco.
- Co słychać? - zapytała z szerokim, sztucznym uśmiechem.
- W porządku. A co u ciebie? - odparł Reus. Ja nawet nie miałam zamiaru na nią patrzeć.
- Jak widzisz, interes się kręci, więc nie mogę narzekać. Dawno cię tu nie widziałam, mógłbyś częściej wpadać. - zwróciła się do Marco.
- Wiesz, jakoś nie widzę takiej potrzeby.
- Okej,okej, wiem, że jesteś zajęty...A tak z innej beczki, ten twój przyjaciel, Mario, to on tutaj na dłużej przyjechał ? - dopytywała.
- Ma dziewczynę, więc odpuść. - powiedziałam.
- Nie pytam czy jest zajęty, tylko czy na długo przyjechał. - wysyczała.
- Może najlepiej będzie jak zapytasz się go sama ? - zaproponował blondyn.
- Okej. - uśmiechnęła się i odeszła, a ja głośno westchnęłam.
Impreza rozkręciła się na dobre, wszyscy tańczyli i nie szczędzili sobie alkoholu. Oczywiście mój chłopak, jako kierowca, nie pił. Po północy postanowiliśmy z Marco, że wrócimy do domu. Reus miał jutro trening, więc nie mógł zarywać nocy. Wysłał sms'a do Mario, że wychodzimy. Wcześniej umówiliśmy się, że razem z Ann wrócą taksówką. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Wzięłam prysznic, a Marco przeglądał jeszcze coś na internecie. Chciałam zapytać się co robi,ale uprzedził mnie hałas otwieranych drzwi. Do salonu wbiegła Ann. Zdziwiło mnie to, że nie ma Goetzego, a do tego jest cała zapłakana.
- A gdzie Mario? Co się stało ? - zapytałam, a ona rzuciła mi się na szyję i wybuchnęła płaczem. Rzuciłam Marco pytające spojrzenie.
- Ann, dlaczego przyjechałaś sama? Gdzie Goetze? - spytał.
- Gdzie?! Zapytaj swojej Alexandry! - wykrzyczała. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
- Usiądź, uspokój się i wszystko nam opowiedz. - zarządziłam i posadziłam ją na kanapie.
- Poszłam do baru po jakiegoś drinka. Kiedy wróciłam na parkiet, Mario nie było. - przerwała i wytarła łzy. - Pomyślałam, że poszedł się przewietrzyć, więc poszłam go poszukać na dworze, ale tam też go nie znalazłam. Wróciłam do restauracji i uznałam, że pewnie zaraz przyjdzie, ale minęło kilkanaście minut, a jego nie było. Wpadłam na pomysł, aby przejść się na górę...Chyba domyślacie się co tam zastałam... - urwała i zaczęła znowu płakać.
- Ale, że Mario i Alex? Niemożliwe! - Marco kręcił głową.
- Nie wierzysz mi? Widziałam ich na własne oczy w łóżku!! - odkrzyknęła.
- A on wie, że ich widziałaś? - zapytałam.
- Pff, było im tak dobrze, że nie chciałam przerywać. - prychnęła. - Wybiegłam, zamówiłam taxi i od razu tu przyjechałam. A teraz pójdę się spakować i zaraz mnie nie ma.
- Chyba sobie żartujesz! Gdzie ty chcesz o tej porze jechać, przecież jest środek nocy, powinnaś się położyć i ochłonąć. - protestował piłkarz.
- Nie Marco, chcę wyjść zanim on tu wróci, nie mogę na niego patrzeć. Poradzę sobie, za godzinę jest pociąg do Monachium.
- Ann, jesteś pewna, że to był on? Może go z kimś pomyliłaś... - próbowałam szukać wytłumaczenia całej tej sytuacji.
- Daj spokój, nie próbuj go bronić, jestem pewna. - odparła i poszła do góry, aby się spakować.
- Jeśli to zrobił, to niezły z niego sukinsyn... - powiedział Marco.
- Ciekawa jestem, co on na to wszystko powie...Mam nadzieję, że to jedno wielkie nieporozumienie. Alexandra od początku coś knuła, przecież pytała się o niego. Wredna małpa.
- Okej, ale Mario mógł ją olać, a nie iść z nią do łóżka.
Po kilkunastu minutach na dole pojawiła się Ann ze swoją walizką.
- Dzięki za gościnę, powiedzcie temu... - do oczu napłynęły jej łzy. - Powiedzcie Mario, że to koniec, że nie chcę go znać. Cześć.
Impreza rozkręciła się na dobre, wszyscy tańczyli i nie szczędzili sobie alkoholu. Oczywiście mój chłopak, jako kierowca, nie pił. Po północy postanowiliśmy z Marco, że wrócimy do domu. Reus miał jutro trening, więc nie mógł zarywać nocy. Wysłał sms'a do Mario, że wychodzimy. Wcześniej umówiliśmy się, że razem z Ann wrócą taksówką. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Wzięłam prysznic, a Marco przeglądał jeszcze coś na internecie. Chciałam zapytać się co robi,ale uprzedził mnie hałas otwieranych drzwi. Do salonu wbiegła Ann. Zdziwiło mnie to, że nie ma Goetzego, a do tego jest cała zapłakana.
- A gdzie Mario? Co się stało ? - zapytałam, a ona rzuciła mi się na szyję i wybuchnęła płaczem. Rzuciłam Marco pytające spojrzenie.
- Ann, dlaczego przyjechałaś sama? Gdzie Goetze? - spytał.
- Gdzie?! Zapytaj swojej Alexandry! - wykrzyczała. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.
- Usiądź, uspokój się i wszystko nam opowiedz. - zarządziłam i posadziłam ją na kanapie.
- Poszłam do baru po jakiegoś drinka. Kiedy wróciłam na parkiet, Mario nie było. - przerwała i wytarła łzy. - Pomyślałam, że poszedł się przewietrzyć, więc poszłam go poszukać na dworze, ale tam też go nie znalazłam. Wróciłam do restauracji i uznałam, że pewnie zaraz przyjdzie, ale minęło kilkanaście minut, a jego nie było. Wpadłam na pomysł, aby przejść się na górę...Chyba domyślacie się co tam zastałam... - urwała i zaczęła znowu płakać.
- Ale, że Mario i Alex? Niemożliwe! - Marco kręcił głową.
- Nie wierzysz mi? Widziałam ich na własne oczy w łóżku!! - odkrzyknęła.
- A on wie, że ich widziałaś? - zapytałam.
- Pff, było im tak dobrze, że nie chciałam przerywać. - prychnęła. - Wybiegłam, zamówiłam taxi i od razu tu przyjechałam. A teraz pójdę się spakować i zaraz mnie nie ma.
- Chyba sobie żartujesz! Gdzie ty chcesz o tej porze jechać, przecież jest środek nocy, powinnaś się położyć i ochłonąć. - protestował piłkarz.
- Nie Marco, chcę wyjść zanim on tu wróci, nie mogę na niego patrzeć. Poradzę sobie, za godzinę jest pociąg do Monachium.
- Ann, jesteś pewna, że to był on? Może go z kimś pomyliłaś... - próbowałam szukać wytłumaczenia całej tej sytuacji.
- Daj spokój, nie próbuj go bronić, jestem pewna. - odparła i poszła do góry, aby się spakować.
- Jeśli to zrobił, to niezły z niego sukinsyn... - powiedział Marco.
- Ciekawa jestem, co on na to wszystko powie...Mam nadzieję, że to jedno wielkie nieporozumienie. Alexandra od początku coś knuła, przecież pytała się o niego. Wredna małpa.
- Okej, ale Mario mógł ją olać, a nie iść z nią do łóżka.
Po kilkunastu minutach na dole pojawiła się Ann ze swoją walizką.
- Dzięki za gościnę, powiedzcie temu... - do oczu napłynęły jej łzy. - Powiedzcie Mario, że to koniec, że nie chcę go znać. Cześć.
- Może chociaż odwiozę cię na dworzec? - zaproponował Reus.
- Nie, chcę być sama. Do zobaczenia. - pożegnała się i wyszła.
- Nie, chcę być sama. Do zobaczenia. - pożegnała się i wyszła.
sobota, 19 kwietnia 2014
34. ,, Zaraz coś wymyślę..."
Następnego dnia, razem z Marco wstaliśmy wcześniej, aby przygotować śniadanie dla naszych gości, a w zasadzie tylko dla Mario, bo Ann i tak prawie nic nie jadła. Gdy robiłam herbatę, zadzwonił telefon Reusa.
- To Marcel. - powiedział i odebrał. Marcel był jego przyjacielem, ostatnio rzadko się widywali, ale miałam okazję go poznać. - Zaprasza nas dzisiaj na imprezę. Inga ma urodziny. - przerwał na chwilę rozmowę. - Idziemy? -zapytał, a ja pokiwałam głową. Nie miałam ochoty siedzieć w domu w towarzystwie Ann, chociaż oni pewnie wybiorą się razem z nami. Poza tym chciałam w końcu poznać Ingę, dziewczynę Marcela. Po chwili w kuchni pojawili się Mario i jego dziewczyna, a Marco zakończył rozmowę i wszyscy usiedliśmy do stołu.
- Idziecie z nami dzisiaj na imprezę. - powiedział Reus.
- Jaką imprezę? - zapytała Ann.
- Do Marcela. Jego dziewczyna ma dzisiaj urodziny. Przecież nie będziecie tutaj siedzieć.
- Ale ja,z bolącą nogą...Nie będę mógł tańczyć ani nic...Wole zostać tutaj. - zaczął marudzić Goetze.
- To usiądziesz i będziesz siedzieć. Nie przesadzaj, Marcel na pewno się ucieszy, gdy cię zobaczy. - odparł Marco.
-Przecież widzi mnie co kilka dni w telewizji...- zaśmiał się Mario, a blondyn rzucił mu surowe spojrzenie.
- Oj, kochanie, chodź, poznamy Ingę, przyda nam się trochę rozrywki. Ostatnio nigdzie nie wychodziliśmy. - zwróciła się do niego Ann.
- Właśnie, ona ma rację. - nigdy nie myślałam, że to powiem. Reus spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
- Ok, niech będzie. - zgodził się Goetze.
Po zjedzonym śniadaniu, wszyscy wybraliśmy się na spacer. Niestety, Marco musiał jechać na trening, więc nie trwał on zbyt długo.
- Ej, przecież my nie mamy prezentu dla Ingi! - przypomniało mi się w drodze powrotnej.
- No tak, przecież wypadałoby jej coś kupić. - powiedział mój chłopak.
- Tylko co ? - zapytała Ann.
- Zaraz coś wymyślę...- odpowiedział Marco.
- Jego znając, będzie to pewnie jakiś samochód, albo inny ,,drobiazg" - zaśmiał się Mario, podkreślając ostatnie słowo.
- Wiecie co, to w końcu jest dziewczyna, więc pewnie wiecie lepiej ode mnie, co mogłoby się jej przydać. - zwrócił się do Ann i do mnie Reus, gdy byliśmy już pod domem.
- Ale ja nigdy jej na oczy nie widziałam, skąd mam wiedzieć, co jej kupić? -zapytałam.
- Na pewno razem coś wymyślicie! - pocałował mnie, a następnie wsiadł do swojego auta, machając nam na pożegnanie i pojechał na trening.
- No to świetnie, mamy dwie godziny na kupienie czegoś sensownego. - zwróciłam się do piłkarza i jego dziewczyny.
- Wiecie co... Noga mnie boli, więc mam propozycję. Wy jedźcie do jakiejś galerii, a ja pójdę odpocząć. Zgoda?- zapytał. Miałam ochotę uciec jak najdalej. On chyba oszalał! Mam iść z Ann na zakupy? Jak dwie przyjaciółki? Przecież ja jej nie znoszę! Z resztą ona również nie pała do mnie szczególną sympatią.
- Niech będzie. - odparłam od niechcenia. Postanowiłam, że nie stchórzę i nie dam jej tej satysfakcji. Rzuciłam klucze od domu piłkarzowi i razem z Ann poszłyśmy do mojego samochodu.
- Nie stać cię na nic lepszego ? Przecież chyba nieźle ci płacą w klubie...Poza tym Marco też dużo zarabia. - uśmiechnęła się szeroko.
- Stać, ale to auto jest dla mnie idealne i nie chcę go zmieniać. - odparłam. - A jak ci się nie podoba, to mogę cię wysadzić i spotkamy się na miejscu. - spojrzałam na nią pytająco.
- Okej, już nic nie mówię. - odparła, nie odzywając się już nic przez całą drogę.
Po kilkunastu minutach byłyśmy na miejscu. Największa galeria w Dortmundzie.
- To co jej kupimy? - zapytałam. - Masz jakiś pomysł?
- Nie wiem..To musi być coś uniwersalnego, co spodobałoby się każdej kobiecie, nie wiemy co ona lubi.
- Jakiś zegarek? Łańcuszek ? Ubrania odpadają, nie wiemy jaki ma rozmiar i co nosi.- kombinowałam. - Może perfumy?
- Daj spokój, to przereklamowane. - odpowiedziała, a mi zadzwonił telefon.
- Tak, kochanie? - zwróciłam się do Marco.
- Dzwonię z pomocą. - zaśmiał się. - Inga lubi buty. Dużo butów. Jej rozmiar to 38. - mówił szybko.
- Skąd to wiesz? - zaczęłam się śmiać.
- Telefonowałem do Marcela. Podpowiedział mi, że ostatnio narzekała, że nie ma niebieskich szpilek, więc wiesz już co kupić. Przepraszam, ale muszę już kończyć, idę się przebrać.
- Dzięki, pa. - powiedziałam i rozłączyłam się.
- I co ? - zapytała moja towarzyszka.
- Mamy kupić niebieskie szpilki. Chodź, nie ma czasu.
W końcu trafiłyśmy na te idealne, które podobały się i mi, i Ann. Przy okazji kupiłyśmy oczywiście również kilka rzeczy sobie i zadowolone wróciłyśmy do Goetzego. Podczas naszej przeprawy po sklepach, tak naprawdę uświadomiłam sobie, że nie Ann wcale nie jest taka zła, jak mi się wcześniej wydawało.
________________________________________
Brawo Borussia!! :)
Wesołych świąt kochane ! ;*
- To Marcel. - powiedział i odebrał. Marcel był jego przyjacielem, ostatnio rzadko się widywali, ale miałam okazję go poznać. - Zaprasza nas dzisiaj na imprezę. Inga ma urodziny. - przerwał na chwilę rozmowę. - Idziemy? -zapytał, a ja pokiwałam głową. Nie miałam ochoty siedzieć w domu w towarzystwie Ann, chociaż oni pewnie wybiorą się razem z nami. Poza tym chciałam w końcu poznać Ingę, dziewczynę Marcela. Po chwili w kuchni pojawili się Mario i jego dziewczyna, a Marco zakończył rozmowę i wszyscy usiedliśmy do stołu.
- Idziecie z nami dzisiaj na imprezę. - powiedział Reus.
- Jaką imprezę? - zapytała Ann.
- Do Marcela. Jego dziewczyna ma dzisiaj urodziny. Przecież nie będziecie tutaj siedzieć.
- Ale ja,z bolącą nogą...Nie będę mógł tańczyć ani nic...Wole zostać tutaj. - zaczął marudzić Goetze.
- To usiądziesz i będziesz siedzieć. Nie przesadzaj, Marcel na pewno się ucieszy, gdy cię zobaczy. - odparł Marco.
-Przecież widzi mnie co kilka dni w telewizji...- zaśmiał się Mario, a blondyn rzucił mu surowe spojrzenie.
- Oj, kochanie, chodź, poznamy Ingę, przyda nam się trochę rozrywki. Ostatnio nigdzie nie wychodziliśmy. - zwróciła się do niego Ann.
- Właśnie, ona ma rację. - nigdy nie myślałam, że to powiem. Reus spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
- Ok, niech będzie. - zgodził się Goetze.
Po zjedzonym śniadaniu, wszyscy wybraliśmy się na spacer. Niestety, Marco musiał jechać na trening, więc nie trwał on zbyt długo.
- Ej, przecież my nie mamy prezentu dla Ingi! - przypomniało mi się w drodze powrotnej.
- No tak, przecież wypadałoby jej coś kupić. - powiedział mój chłopak.
- Tylko co ? - zapytała Ann.
- Zaraz coś wymyślę...- odpowiedział Marco.
- Jego znając, będzie to pewnie jakiś samochód, albo inny ,,drobiazg" - zaśmiał się Mario, podkreślając ostatnie słowo.
- Wiecie co, to w końcu jest dziewczyna, więc pewnie wiecie lepiej ode mnie, co mogłoby się jej przydać. - zwrócił się do Ann i do mnie Reus, gdy byliśmy już pod domem.
- Ale ja nigdy jej na oczy nie widziałam, skąd mam wiedzieć, co jej kupić? -zapytałam.
- Na pewno razem coś wymyślicie! - pocałował mnie, a następnie wsiadł do swojego auta, machając nam na pożegnanie i pojechał na trening.
- No to świetnie, mamy dwie godziny na kupienie czegoś sensownego. - zwróciłam się do piłkarza i jego dziewczyny.
- Wiecie co... Noga mnie boli, więc mam propozycję. Wy jedźcie do jakiejś galerii, a ja pójdę odpocząć. Zgoda?- zapytał. Miałam ochotę uciec jak najdalej. On chyba oszalał! Mam iść z Ann na zakupy? Jak dwie przyjaciółki? Przecież ja jej nie znoszę! Z resztą ona również nie pała do mnie szczególną sympatią.
- Niech będzie. - odparłam od niechcenia. Postanowiłam, że nie stchórzę i nie dam jej tej satysfakcji. Rzuciłam klucze od domu piłkarzowi i razem z Ann poszłyśmy do mojego samochodu.
- Nie stać cię na nic lepszego ? Przecież chyba nieźle ci płacą w klubie...Poza tym Marco też dużo zarabia. - uśmiechnęła się szeroko.
- Stać, ale to auto jest dla mnie idealne i nie chcę go zmieniać. - odparłam. - A jak ci się nie podoba, to mogę cię wysadzić i spotkamy się na miejscu. - spojrzałam na nią pytająco.
- Okej, już nic nie mówię. - odparła, nie odzywając się już nic przez całą drogę.
Po kilkunastu minutach byłyśmy na miejscu. Największa galeria w Dortmundzie.
- To co jej kupimy? - zapytałam. - Masz jakiś pomysł?
- Nie wiem..To musi być coś uniwersalnego, co spodobałoby się każdej kobiecie, nie wiemy co ona lubi.
- Jakiś zegarek? Łańcuszek ? Ubrania odpadają, nie wiemy jaki ma rozmiar i co nosi.- kombinowałam. - Może perfumy?
- Daj spokój, to przereklamowane. - odpowiedziała, a mi zadzwonił telefon.
- Tak, kochanie? - zwróciłam się do Marco.
- Dzwonię z pomocą. - zaśmiał się. - Inga lubi buty. Dużo butów. Jej rozmiar to 38. - mówił szybko.
- Skąd to wiesz? - zaczęłam się śmiać.
- Telefonowałem do Marcela. Podpowiedział mi, że ostatnio narzekała, że nie ma niebieskich szpilek, więc wiesz już co kupić. Przepraszam, ale muszę już kończyć, idę się przebrać.
- Dzięki, pa. - powiedziałam i rozłączyłam się.
- I co ? - zapytała moja towarzyszka.
- Mamy kupić niebieskie szpilki. Chodź, nie ma czasu.
W końcu trafiłyśmy na te idealne, które podobały się i mi, i Ann. Przy okazji kupiłyśmy oczywiście również kilka rzeczy sobie i zadowolone wróciłyśmy do Goetzego. Podczas naszej przeprawy po sklepach, tak naprawdę uświadomiłam sobie, że nie Ann wcale nie jest taka zła, jak mi się wcześniej wydawało.
________________________________________
Brawo Borussia!! :)
Wesołych świąt kochane ! ;*
niedziela, 13 kwietnia 2014
33. ,,Jeszcze się pozabijacie."
Wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy zostały przewiezione do domu Marco. Cieszyłam się, że będę mogła spędzać dużo więcej czasu, aczkolwiek nie czułam się w nowym miejscu jak u siebie. Oczywiście, dom robił na mnie ogromne wrażenie i bardzo mi się podobał, jednak nie potrafiłam czuć się w nim w pełni swobodnie. Dziś wieczorem ma przyjechać Mario z Ann, więc postanowiliśmy z Reusem upiec jakieś ciasto. Padło na Cappuccino. Ja zajęłam się jego przygotowywaniem, a Marco poszedł do sklepu po wino. Niestety, nie mogłam znaleźć żadnych produktów w kuchni, mimo że piłkarz powiedział mi przed wyjściem, gdzie co się znajduje. Usiadłam zrezygnowana przy stole i czekałam na jego powrót.
- Już jestem! Coś się stało? - powiedział, widząc moją smutną minę.
- Nie, czekam na ciebie. - uśmiechnęłam się. - Miałam piec ciasto, ale nic nie mogę znaleźć...
- I dlatego jesteś taka przygnębiona? - zaśmiał się.
- Marco, nie o to chodzi. Po prostu czuję się tutaj jak gość, nie potrafię grzebać ci w szafkach, źle się z tym czuję...
- Oj, ty głuptasie! Przecież powtarzam ci to już setny raz, to jest teraz również twój dom. Poza tym, jesteś tutaj dopiero pierwszy dzień, więc z czasem się przyzwyczaisz. Chodź, zrobimy to ciasto. - złapał mnie za rękę.
- Chyba raczej ja zrobię. - powiedziałam cicho, śmiejąc się.
Kiedy ciasto było już w piekarniku, usiedliśmy w salonie ze szklankami soku w rękach. Oparłam głowę o ramię Marco, a on mnie objął. Siedzieliśmy tak przez kilkanaście minut milcząc. Czułam, że moje życie diametralnie się zmieniło. W końcu byłam szczęśliwa. Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie - w domu Lewandowskich. Później randka we Florianie. Na samo wspomnienie o tym, uśmiechnęłam się.
- Co ci tak wesoło? - zapytał blondyn.
- Pamiętasz, kiedy mnie pierwszy raz pocałowałeś? - odpowiedziałam pytaniem.
- Oczywiście. - zaśmiał się. - Pod twoim domem...
- Brawo. A gdzie pierwszy raz... - przerwał mi głośnym śmiechem.
- U ciebie. - odpowiedział szybko, a ja spojrzałam na niego pytająco.
- Chodziło mi o pierwszą randkę, a nie o to zboczeńcu! - zaśmiałam się i pokręciłam głową, wychodząc z objęć Marco. - Idę sprawdzić, czy ciasto się już upiekło.
- Okej.
Po kilkunastu minutach usłyszeliśmy dźwięk dzwonka.
- Kochanie, otworzysz? - usłyszałam z łazienki.
- Jasne. - oparłam i poszłam do drzwi.
Przywitałam się serdecznie z Mario i rzuciłam ironiczne spojrzenie Ann, która zdejmowała swój płaszcz. Chwilę później pojawił się Reus.
- Marco, widzę, że nadal jesteś z tą...dziennikarką. - powiedziała z uśmiechem.
- Może wejdziecie do środka? - piłkarz zignorował zagrywkę Ann. - Siadajcie. - wskazał na kanapę w salonie. Kilkanaście minut później przyniosłam każdemu ciasto, a Marco wino.
- Opowiadaj co tak słychać w FC Hollywood. - zaśmiałam się do Mario.
- Jest fajnie...Każdy jest taki sympatyczny i miły...
- Ale brakuje ci twojego ukochanego Marco. - dokończył za niego szczerzący się Reus.
- Dokładnie, dlatego tutaj jestem. - odpowiedział. - A ty, Madziu, przeprowadziłaś się już tutaj? - zwrócił się do mnie.
- Tak... Dzisiaj.
- No, Marco, dobrze robisz, w końcu nie będziesz musiał prać, sprzątać gotować...Świetny interes! - odezwała się Ann. Marco dosłownie zabijał ją wzrokiem, a Mario spuścił głowę. Ja szeroko się uśmiechnęłam, bo przywykłam do jej odzywek i nic sobie z nich nie robiłam.
- Wiesz, może ty postrzegasz miłość w kategoriach sprzątania, gotowania, prasowania, prania i tak dalej, ale dla mnie to coś więcej. - odpowiedziałam spokojnie, co chyba zdziwiło obu piłkarzy, a najbardziej Ann, która liczyła, że mnie wkurzy. Nic z tego panno Broemmel!
- Pyszne to ciasto! - zmienił temat Goetze. - A ty nie jesz, skarbie? - zapytał swojej dziewczyny.
- Mam ci przypominać, że jestem modelką? Muszę dbać o figurę, więc nie jem takich rzeczy. Z resztą, doskonale o tym wiesz. Poza tym jestem zmęczona podróżą, chciałabym wziąć prysznic i iść spać. - odpowiedziała.
- Zaprowadzę cię na górę. - powiedziałam.
- Siedź, ja to zrobię. - wstał Marco. - Jeszcze się pozabijacie. - dodał po cichu i wziął od Ann walizkę.
Kiedy Reus wrócił, zapytałam :
- Ona jest taka zawsze?
- Nie, po prostu, chyba nie bardzo cię lubi... - odpowiedział, pijąc kolejny kieliszek wina. - Bardzo ją kocham, mimo tego jaka jest...
- Bóg ci to kiedyś na prawdę wynagrodzi... - odpowiedział Marco. - Oby nie w dzieciach, bo byś pieluch nie nadążał zmieniać.
- Bądźmy dobrej myśli i wierzmy, że Ann się po prostu kiedyś zmieni! - westchnęłam.
- Co jak co, ale w takie cuda to nie wierzę. - zaśmiał się Reus.
- Oj, dajcie już spokój. - bronił jej Mario, więc skończyliśmy temat. - Też już pójdę, w końcu jechaliśmy prawie cały dzień. Dobranoc.
- Dobranoc. - odpowiedzieliśmy równo.
Posprzątałam wszystkie naczynia i razem z Marco, zanieśliśmy je do kuchni. Uznaliśmy, że jutro wrzucimy je do zmywarki, aby dzisiaj nie robić już zbędnego zamieszania.
______________________________________________________
Borussia - Bayern 3-0 ! Brawooooo ! :)
- Już jestem! Coś się stało? - powiedział, widząc moją smutną minę.
- Nie, czekam na ciebie. - uśmiechnęłam się. - Miałam piec ciasto, ale nic nie mogę znaleźć...
- I dlatego jesteś taka przygnębiona? - zaśmiał się.
- Marco, nie o to chodzi. Po prostu czuję się tutaj jak gość, nie potrafię grzebać ci w szafkach, źle się z tym czuję...
- Oj, ty głuptasie! Przecież powtarzam ci to już setny raz, to jest teraz również twój dom. Poza tym, jesteś tutaj dopiero pierwszy dzień, więc z czasem się przyzwyczaisz. Chodź, zrobimy to ciasto. - złapał mnie za rękę.
- Chyba raczej ja zrobię. - powiedziałam cicho, śmiejąc się.
Kiedy ciasto było już w piekarniku, usiedliśmy w salonie ze szklankami soku w rękach. Oparłam głowę o ramię Marco, a on mnie objął. Siedzieliśmy tak przez kilkanaście minut milcząc. Czułam, że moje życie diametralnie się zmieniło. W końcu byłam szczęśliwa. Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie - w domu Lewandowskich. Później randka we Florianie. Na samo wspomnienie o tym, uśmiechnęłam się.
- Co ci tak wesoło? - zapytał blondyn.
- Pamiętasz, kiedy mnie pierwszy raz pocałowałeś? - odpowiedziałam pytaniem.
- Oczywiście. - zaśmiał się. - Pod twoim domem...
- Brawo. A gdzie pierwszy raz... - przerwał mi głośnym śmiechem.
- U ciebie. - odpowiedział szybko, a ja spojrzałam na niego pytająco.
- Chodziło mi o pierwszą randkę, a nie o to zboczeńcu! - zaśmiałam się i pokręciłam głową, wychodząc z objęć Marco. - Idę sprawdzić, czy ciasto się już upiekło.
- Okej.
Po kilkunastu minutach usłyszeliśmy dźwięk dzwonka.
- Kochanie, otworzysz? - usłyszałam z łazienki.
- Jasne. - oparłam i poszłam do drzwi.
Przywitałam się serdecznie z Mario i rzuciłam ironiczne spojrzenie Ann, która zdejmowała swój płaszcz. Chwilę później pojawił się Reus.
- Marco, widzę, że nadal jesteś z tą...dziennikarką. - powiedziała z uśmiechem.
- Może wejdziecie do środka? - piłkarz zignorował zagrywkę Ann. - Siadajcie. - wskazał na kanapę w salonie. Kilkanaście minut później przyniosłam każdemu ciasto, a Marco wino.
- Opowiadaj co tak słychać w FC Hollywood. - zaśmiałam się do Mario.
- Jest fajnie...Każdy jest taki sympatyczny i miły...
- Ale brakuje ci twojego ukochanego Marco. - dokończył za niego szczerzący się Reus.
- Dokładnie, dlatego tutaj jestem. - odpowiedział. - A ty, Madziu, przeprowadziłaś się już tutaj? - zwrócił się do mnie.
- Tak... Dzisiaj.
- No, Marco, dobrze robisz, w końcu nie będziesz musiał prać, sprzątać gotować...Świetny interes! - odezwała się Ann. Marco dosłownie zabijał ją wzrokiem, a Mario spuścił głowę. Ja szeroko się uśmiechnęłam, bo przywykłam do jej odzywek i nic sobie z nich nie robiłam.
- Wiesz, może ty postrzegasz miłość w kategoriach sprzątania, gotowania, prasowania, prania i tak dalej, ale dla mnie to coś więcej. - odpowiedziałam spokojnie, co chyba zdziwiło obu piłkarzy, a najbardziej Ann, która liczyła, że mnie wkurzy. Nic z tego panno Broemmel!
- Pyszne to ciasto! - zmienił temat Goetze. - A ty nie jesz, skarbie? - zapytał swojej dziewczyny.
- Mam ci przypominać, że jestem modelką? Muszę dbać o figurę, więc nie jem takich rzeczy. Z resztą, doskonale o tym wiesz. Poza tym jestem zmęczona podróżą, chciałabym wziąć prysznic i iść spać. - odpowiedziała.
- Zaprowadzę cię na górę. - powiedziałam.
- Siedź, ja to zrobię. - wstał Marco. - Jeszcze się pozabijacie. - dodał po cichu i wziął od Ann walizkę.
Kiedy Reus wrócił, zapytałam :
- Ona jest taka zawsze?
- Nie, po prostu, chyba nie bardzo cię lubi... - odpowiedział, pijąc kolejny kieliszek wina. - Bardzo ją kocham, mimo tego jaka jest...
- Bóg ci to kiedyś na prawdę wynagrodzi... - odpowiedział Marco. - Oby nie w dzieciach, bo byś pieluch nie nadążał zmieniać.
- Bądźmy dobrej myśli i wierzmy, że Ann się po prostu kiedyś zmieni! - westchnęłam.
- Co jak co, ale w takie cuda to nie wierzę. - zaśmiał się Reus.
- Oj, dajcie już spokój. - bronił jej Mario, więc skończyliśmy temat. - Też już pójdę, w końcu jechaliśmy prawie cały dzień. Dobranoc.
- Dobranoc. - odpowiedzieliśmy równo.
Posprzątałam wszystkie naczynia i razem z Marco, zanieśliśmy je do kuchni. Uznaliśmy, że jutro wrzucimy je do zmywarki, aby dzisiaj nie robić już zbędnego zamieszania.
______________________________________________________
Borussia - Bayern 3-0 ! Brawooooo ! :)
środa, 9 kwietnia 2014
32. ,,Mam dwie wiadomości - dobrą i złą."
Po kilku dniach wyszłam ze szpitala. Cała potłuczona, na plecach miałam ranę, po uderzeniu o stolik. Chciałam zapomnieć o tym całym zdarzeniu, kiedy ktoś próbował do tego wracać, zawsze unikałam rozmowy. Niestety, za każdym razem, kiedy np. wychodziłam spod prysznica i spoglądałam w lustro, wszystko wracało. Każdy siniak przypominał mi te okropne chwile. Marvin zeznał w sądzie przeciwko Marco. Oskarżył go o pobicie. Na początku chciałam się z nim skontaktować, a nawet poprosić, żeby tego nie robił, ale Reus skutecznie odwiódł mnie od tego pomysłu. Wszystko sobie przemyślałam, spędzając długie godziny w szpitalnym łóżku i doszłam do wniosku, że to rzeczywiście mogłoby tylko pogorszyć sprawę. Za kilka tygodni odbędzie się rozprawa, a do tego czasu Alan, prawnik Marco, będzie szukał sposobu, jak wybronić swojego klienta.
Do pracy wracam w poniedziałek, więc mam jeszcze kilka dni wolnego. Oczywiście, nie mam zamiaru siedzieć w domu, więc zrobiłam zakupy, a potem spotkałam się z Anką i Tugbą, w domu tej pierwszej.
- Jak się czujesz? - spytała żona Lewego, gdy już usiadłyśmy w salonie, popijając jakąś japońską herbatę.
- Dobrze, w końcu nic takiego mi się nie stało. - wysiliłam się na lekki uśmiech.
- Pewnie to było dla ciebie straszne... - powiedziała cicho Tugba.
- Tak, ale nie rozmawiajmy już o tym. W końcu są też plusy tej całej sytuacji. A tak właściwie jeden plus - Marco. - odpowiedziałam.
- Przeprowadzasz się do niego ? - zapytała Ania. - Bo coś żalił się Robertowi, że chyba go nie kochasz, bo nie chcesz się zgodzić. - zachichotała.
- Po prostu nie wiem, mam mieszane uczucia...A co wy o tym sądzicie?
- Wiesz, zawsze możesz wrócić do siebie, ale nie wydaje mi się, żeby była taka konieczność. - mówiła Tugba. - Przecież w końcu jesteście razem, to powinniście też razem mieszkać. Ja bym się nie zastanawiała, tylko pakowała walizki.
- Jestem tego samego zdania. - powiedziała Anka.
- Aha, dziękuję miła sąsiadko, chcesz się mnie pozbyć? - zapytałam ironicznie z uśmiechem .
- Nie, to nie tak, po prostu chcę, żebyś była szczęśliwa. - zaśmiała się, na co ja pokiwałam głową.
Po kilkunastu minutach do domu wpadł Lewandowski i Marco.
- Wiedziałem, że tu jesteś! - powiedział blondyn i podszedł mnie przytulić.
- Madzia ma ci chyba coś ważnego do powiedzenia...- powiedziała do Marco Tugba, a on spojrzał na mnie pytająco.
- O co chodzi? - zapytał.
- To wy sobie nie przeszkadzajcie, ja idę dać Lewemu obiad. - przerwała nam Anka, łapiąc swojego męża za rękę i ciągnąc do kuchni.
- Nie, to my pójdziemy. Musimy pogadać w cztery oczy. - powiedziałam, co chyba trochę zaniepokoiło Reusa. Pożegnaliśmy się i poszliśmy na spacer.
-To co takiego masz mi do powiedzenia? - zapytał.
- Chodzi o twoją propozycję...Przemyślałam wszystko i zgadzam się. - powiedziałam z uśmiechem, a piłkarz mocno mnie przytulił.
- Tak się cieszę! Nie masz pojęcia jak bardzo chciałem, żebyś się zgodziła! To kiedy się przeprowadzisz?
- Może załatwimy to zanim wrócę do pracy? Dzisiaj środa, mamy pięć dni. - szybko policzyłam.
- Okej, ale ty pod żadnym pozorem nic nie dźwigasz, zrozumiałaś?
- Tak, mamo . - odpowiedziałam i zaczęłam się śmiać z jego bezradnej miny. - Wiesz, to nie będzie takie łatwe, ja mam tam masę rzeczy.
- To weź tylko te najpotrzebniejsze. - wzruszył ramionami.
- Marco, jak ty nic nie rozumiesz...- westchnęłam. - Wszystkie są tak samo potrzebne.
- Kobiety...- pokręcił głową i ruszyliśmy do mojego domu .
***
Ja układałam swoje ubrania do walizki, a Marco robił kawę w kuchni. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk telefonu piłkarza. Odebrał i zaczął rozmowę. Pomyślałam, że to pewnie któryś z jego przyjaciół i nie pomyliłam się. Kilka minut później wszedł do pokoju z dwoma filiżankami kawy.
- Mam dwie wiadomości - dobrą i złą. - powiedział.- Od której zacząć?
- Od tej dobrej. - odparłam.
- Mario dzwonił, mówił, że nas odwiedzi.
- O to fajnie, polubiłam go. Jest prawie tak samo głupi jak ty. - zaśmiałam się. - A ta zła?
- Przyjedzie razem ze swoją ukochaną...- odpowiedział, akcentując ostatnie słowo.
- Raczej z wiedźmą Ann. - dokończyłam. - To może ja się do ciebie przeprowadzę, jak oni już wyjadą, co ty na to ?
- Nie ma mowy. Daj, pomogę ci, a ty wypij kawę. - wziął ode mnie moje ubrania i zaczął składać je w idealną kostkę.
- Uuu, widzę, że te ciągłe podróże jednak na coś się przydają. - powiedziałam. - Przynajmniej umiesz ładnie składać ubrania.
- No, ale nie licz na to, że w mojej szafie też są tak poskładane.
- A tak właściwie, to kiedy przyjadą? - zmieniłam temat.
- Jutro wieczorem. Mario ma kontuzję, dopiero w niedzielę ma badania, więc zostaną pewnie do soboty. Może Goetze wybierze się na nasz mecz...
- Chyba musiałby iść w kominiarce, żeby kibice go nie zatłukli. - odpowiedziałam. - Pewnie byłeś bardzo zły, gdy powiedział ci, że odchodzi...- poruszyłam temat, na który Marco prawie nigdy nie rozmawiał, zawsze odpowiadał wymijająco.
- Tak. To był dla mnie okropny cios. Przyjaźnię się z Lewym, Kevinem, teraz jest jeszcze Auba, ale z Mario łączyła mnie wyjątkowa więź. Rozumieliśmy się bez słów, był dla mnie jak brat.
- Mówisz tak, jakby on umarł. Przecież nadal się przyjaźnicie, rozmawiacie ze sobą, spotykacie się.
- Spotykamy się zaledwie kilka razy do roku, a nie codziennie, jak dawniej. Rozmowa przez telefon to nie to samo. Niby się przyjaźnimy, ale bardzo mi go brakuje. Jeszcze na dodatek Lewy też odchodzi... - widziałam w jego oczach ogromny smutek.
-Nic nie trwa wiecznie, ty też możesz kiedyś odejść z Borussii... - powiedziałam.
- Ale jeśli to zrobię, to razem z tobą. - odparł i mocno mnie przytulił.
______________________________________________________________________________
Już niedługo rozdziały będą pojawiać się regularniej i będą ciekawsze - obiecuję! :)
Natłok pracy powoduje, że nie mam kiedy pisać, a bardzo mnie do tego ciągnie, więc oddaję to w wasze ręce. Mam nadzieję, że nie wyrzucicie komputera już na samym początku rozdziału :D
A kto dotrwa do końca, nie ma wyjścia, musi zostawić komentarz! :)
Do pracy wracam w poniedziałek, więc mam jeszcze kilka dni wolnego. Oczywiście, nie mam zamiaru siedzieć w domu, więc zrobiłam zakupy, a potem spotkałam się z Anką i Tugbą, w domu tej pierwszej.
- Jak się czujesz? - spytała żona Lewego, gdy już usiadłyśmy w salonie, popijając jakąś japońską herbatę.
- Dobrze, w końcu nic takiego mi się nie stało. - wysiliłam się na lekki uśmiech.
- Pewnie to było dla ciebie straszne... - powiedziała cicho Tugba.
- Tak, ale nie rozmawiajmy już o tym. W końcu są też plusy tej całej sytuacji. A tak właściwie jeden plus - Marco. - odpowiedziałam.
- Przeprowadzasz się do niego ? - zapytała Ania. - Bo coś żalił się Robertowi, że chyba go nie kochasz, bo nie chcesz się zgodzić. - zachichotała.
- Po prostu nie wiem, mam mieszane uczucia...A co wy o tym sądzicie?
- Wiesz, zawsze możesz wrócić do siebie, ale nie wydaje mi się, żeby była taka konieczność. - mówiła Tugba. - Przecież w końcu jesteście razem, to powinniście też razem mieszkać. Ja bym się nie zastanawiała, tylko pakowała walizki.
- Jestem tego samego zdania. - powiedziała Anka.
- Aha, dziękuję miła sąsiadko, chcesz się mnie pozbyć? - zapytałam ironicznie z uśmiechem .
- Nie, to nie tak, po prostu chcę, żebyś była szczęśliwa. - zaśmiała się, na co ja pokiwałam głową.
Po kilkunastu minutach do domu wpadł Lewandowski i Marco.
- Wiedziałem, że tu jesteś! - powiedział blondyn i podszedł mnie przytulić.
- Madzia ma ci chyba coś ważnego do powiedzenia...- powiedziała do Marco Tugba, a on spojrzał na mnie pytająco.
- O co chodzi? - zapytał.
- To wy sobie nie przeszkadzajcie, ja idę dać Lewemu obiad. - przerwała nam Anka, łapiąc swojego męża za rękę i ciągnąc do kuchni.
- Nie, to my pójdziemy. Musimy pogadać w cztery oczy. - powiedziałam, co chyba trochę zaniepokoiło Reusa. Pożegnaliśmy się i poszliśmy na spacer.
-To co takiego masz mi do powiedzenia? - zapytał.
- Chodzi o twoją propozycję...Przemyślałam wszystko i zgadzam się. - powiedziałam z uśmiechem, a piłkarz mocno mnie przytulił.
- Tak się cieszę! Nie masz pojęcia jak bardzo chciałem, żebyś się zgodziła! To kiedy się przeprowadzisz?
- Może załatwimy to zanim wrócę do pracy? Dzisiaj środa, mamy pięć dni. - szybko policzyłam.
- Okej, ale ty pod żadnym pozorem nic nie dźwigasz, zrozumiałaś?
- Tak, mamo . - odpowiedziałam i zaczęłam się śmiać z jego bezradnej miny. - Wiesz, to nie będzie takie łatwe, ja mam tam masę rzeczy.
- To weź tylko te najpotrzebniejsze. - wzruszył ramionami.
- Marco, jak ty nic nie rozumiesz...- westchnęłam. - Wszystkie są tak samo potrzebne.
- Kobiety...- pokręcił głową i ruszyliśmy do mojego domu .
***
Ja układałam swoje ubrania do walizki, a Marco robił kawę w kuchni. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk telefonu piłkarza. Odebrał i zaczął rozmowę. Pomyślałam, że to pewnie któryś z jego przyjaciół i nie pomyliłam się. Kilka minut później wszedł do pokoju z dwoma filiżankami kawy.
- Mam dwie wiadomości - dobrą i złą. - powiedział.- Od której zacząć?
- Od tej dobrej. - odparłam.
- Mario dzwonił, mówił, że nas odwiedzi.
- O to fajnie, polubiłam go. Jest prawie tak samo głupi jak ty. - zaśmiałam się. - A ta zła?
- Przyjedzie razem ze swoją ukochaną...- odpowiedział, akcentując ostatnie słowo.
- Raczej z wiedźmą Ann. - dokończyłam. - To może ja się do ciebie przeprowadzę, jak oni już wyjadą, co ty na to ?
- Nie ma mowy. Daj, pomogę ci, a ty wypij kawę. - wziął ode mnie moje ubrania i zaczął składać je w idealną kostkę.
- Uuu, widzę, że te ciągłe podróże jednak na coś się przydają. - powiedziałam. - Przynajmniej umiesz ładnie składać ubrania.
- No, ale nie licz na to, że w mojej szafie też są tak poskładane.
- A tak właściwie, to kiedy przyjadą? - zmieniłam temat.
- Jutro wieczorem. Mario ma kontuzję, dopiero w niedzielę ma badania, więc zostaną pewnie do soboty. Może Goetze wybierze się na nasz mecz...
- Chyba musiałby iść w kominiarce, żeby kibice go nie zatłukli. - odpowiedziałam. - Pewnie byłeś bardzo zły, gdy powiedział ci, że odchodzi...- poruszyłam temat, na który Marco prawie nigdy nie rozmawiał, zawsze odpowiadał wymijająco.
- Tak. To był dla mnie okropny cios. Przyjaźnię się z Lewym, Kevinem, teraz jest jeszcze Auba, ale z Mario łączyła mnie wyjątkowa więź. Rozumieliśmy się bez słów, był dla mnie jak brat.
- Mówisz tak, jakby on umarł. Przecież nadal się przyjaźnicie, rozmawiacie ze sobą, spotykacie się.
- Spotykamy się zaledwie kilka razy do roku, a nie codziennie, jak dawniej. Rozmowa przez telefon to nie to samo. Niby się przyjaźnimy, ale bardzo mi go brakuje. Jeszcze na dodatek Lewy też odchodzi... - widziałam w jego oczach ogromny smutek.
-Nic nie trwa wiecznie, ty też możesz kiedyś odejść z Borussii... - powiedziałam.
- Ale jeśli to zrobię, to razem z tobą. - odparł i mocno mnie przytulił.
______________________________________________________________________________
Już niedługo rozdziały będą pojawiać się regularniej i będą ciekawsze - obiecuję! :)
Natłok pracy powoduje, że nie mam kiedy pisać, a bardzo mnie do tego ciągnie, więc oddaję to w wasze ręce. Mam nadzieję, że nie wyrzucicie komputera już na samym początku rozdziału :D
A kto dotrwa do końca, nie ma wyjścia, musi zostawić komentarz! :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)